Rewolucyjni ochotnicy - basidżi - twierdzą, że Musawi "szerzył pesymizm w społeczeństwie", czym zagroził bezpieczeństwu państwa. Irańskie prawo przewiduje za taki występek do 10 lat więzienia.
Już dzień po ogłoszeniu wyników głosowania z 12 czerwca Musawi uznał je za sfałszowane. Według oficjalnych danych wybory wygrał radykalny prezydent Mahmud Ahmadineżad, pokonując bardziej umiarkowanego Musawiego aż o 11 mln głosów. Jednak ekspresowe tempo, w jakim podlegające prezydentowi MSW podało wyniki, a też niezwykle wysokie poparcie dla Ahmadineżada nawet w rodzinnych stronach jego rywali budziło wątpliwości.
Irańskie władze potrzebowały aż tygodnia, by stłumić protesty, w których codziennie brały udział dziesiątki, a może i setki tysięcy ludzi. Zwolenników Musawiego na ulicach Teheranu pałowała
policja i właśnie basidżi. Milicja, która wsławiła się bohaterstwem podczas wojny z Irakiem w latach 80., liczy kilka milionów ochotników i jest ostoją Islamskiej Republiki.
Policja podała wczoraj, że w zamieszkach po wyborach zginęło 20 demonstrantów, a 1032 osoby zostały aresztowane. Wielu z nich już wypuszczono, niektórzy staną jednak przed sądami. Na kilka dni aresztowano też dziewięciu irańskich pracowników ambasady Wielkiej Brytanii, którą oskarżono o podżeganie do spisku i wywoływanie zamieszek.
W gorących dniach protestów Musawi obrał sprytną taktykę - na jego stronie ukazywało się wezwanie do kolejnej demonstracji, a potem dementi, że on osobiście jej nie zwoływał. Miało go to uchronić przed odpowiedzialnością karną.
W poniedziałek Rada Strażników, która nadzoruje wybory, ostatecznie je zatwierdziła po wyrywkowym przeliczeniu głosów. Jednak Musawi i inny przegrany kandydat Mehdi Karubi wciąż domagają się powtórzenia wyborów i uznają rząd Ahmadineżada za nielegalny.
Wczoraj zamknięto wydawany przez Karubiego
dziennik "Etemad Melli", a jego redaktor naczelny został aresztowany.