Chińscy internauci świętowali wczoraj tę wiadomość jako swoje zwycięstwo nad cenzurą po kilkutygodniowej batalii w oficjalnych mediach i w sieci. W jednym z modnych pekińskich klubów 200 blogerów i artystów ubranych w koszulki wyszydzające filtr o nazwie Zielona Tama urządziło całodzienne party. - Rząd strzelił sobie samobója, bo do boju ruszyli młodzi ludzie - mówił artysta i bloger Ai Wei Wei.
Oficjalnie filtr miał chronić młodzież przed pornografią, ale nikt nie miał złudzeń, że posłuży też do blokowania dostępu do stron niewygodnych dla władz.
Potwierdzili to naukowcy z amerykańskiego Uniwersytetu Michigan. Ogłosili również, że dzięki Zielonej Tamie można łatwo przejąć komputer z zewnątrz.
Filtr w imieniu rządu dostarczała producentom komputerów jedna z chińskich firm - oczywiście za odpowiednią opłatą. Zagraniczni producenci stanęli przed kłopotliwym wyborem: zainstalować filtr i stać się narzędziem chińskiej cenzury czy też stracić dochodowy rynek. W końcu 22 izby handlowe i koncerny reprezentujące głównych dostawców technologii do Chin wystąpiły z bezprecedensowym apelem do premiera Wen Jiabao, prosząc o zmianę decyzji w sprawie Zielonej Tamy. Interweniował też amerykański rząd i UE - ta ostatnia oskarżyła Pekin o stosowanie protekcjonizmu.
Na Zachodzie podejrzewano, że oprócz zadań cenzorskich Zielona Tama ma bowiem pomóc w wypchnięciu z rynku zagranicznych producentów i wzmocnieniu pozycji krajowych firm, bardziej posłusznych władzom.
Czy to już koniec Zielonej Tamy? To nie jest pewne. - Jej wprowadzenie tylko opóźniono, więc niewykluczone, że po jakimś czasie rząd wróci do tego pomysłu - mówi niezależny prawnik Liu Xiaoyuan.
Nie jest tajemnicą, że Pekin wciąż obawia się, iż pełny dostęp do internetu może źle się dla niego skończyć.
Źródło: Gazeta Wyborcza