Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Zobacz także komentarz Witolda Gadomskiego:Manipulacje pod kołderką Wczoraj
ZUS w trybie pilnym wziął z banku 200 mln zł z otwartej już dawno temu - na wszelki wypadek - 2,5-mld linii kredytowej. Zakład korzystał z niej ostatni raz dwa lata temu. Na odsetki ma 60 mln zł na ten rok.
Tymczasem ZUS-owi może zabraknąć znacznie więcej, a renty i emerytury musi przecież wypłacać co miesiąc ponad 7 mln Polaków.
- Według ostatnich szacunków w 2009 r. może wystąpić deficyt w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych nawet 5-8 mld zł - poinformowała "Gazetę" Maria Szczur, wiceprezes ZUS odpowiadająca za finanse. To z FUS wypłacane są ZUS-owskie renty i emerytury.
Mamy kryzys. Przybywa bezrobotnych, pensje nie rosną, do ZUS spływa o wiele mniej pieniędzy ze składek. Były wiceminister finansów Stanisław Gomułka szacuje braki w kasie ZUS nawet na 10 mld zł.
Żeby się pochwalić niższym deficytem, rząd zmusza podległe mu instytucje do zapożyczania się na warunkach komercyjnych
W tym roku
budżet dorzuca do rent i emerytur 31 mld zł. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się w Ministerstwie Finansów, że z brakami ZUS musi sobie poradzić sam. Budżet nic już nie da, bo sam jest w tarapatach. Minister Jacek Rostowski zapowiedział w ubiegłym tygodniu znaczny wzrost deficytu budżetowego - z 18,2 mld do 27 mld zł.
- Przypuszczam, że rząd nie da ani złotówki więcej ponad te 31 mld zł przewidziane w ramach dotacji na ten rok - mówi nam Jeremi Mordasewicz, członek rady nadzorczej ZUS.
ZUS ma jedno wyjście: pożyczyć brakujące miliardy na komercyjnych zasadach w banku. Kiedyś ten dług trzeba będzie spłacić - z odsetkami.
- Zapłacą za to wszyscy podatnicy, bo gdy sytuacja gospodarcza się poprawi, budżet będzie musiał dać FUS większą dotację na spłacenie kredytu - mówi Mordasewicz.
Według Gomułki rząd pożyczyłby te pieniądze taniej, ale nie chce tego robić z powodów propagandowych. Na papierze będzie miał mniejszy
deficyt budżetowy. Podobny manewr zrobił na wiosnę, gdy "oszczędził" w budżecie 10 mld zł na budowę dróg, zmuszając Krajowy Fundusz Drogowy do wzięcia pożyczki w banku.
- Premier z ministrem nie chcą straszyć wyborców, wolą ukryć prawdę. Liczy się polityczny zysk - komentuje prof. Gomułka.
- To zamiatanie problemów pod dywan - uważa były wiceminister finansów w rządzie PiS Mirosław Barszcz.
Dla Brukseli, która ocenia stan naszych finansów, nie liczy się jednak deficyt budżetu, tylko całego sektora finansów publicznych (to nie tylko długi budżetu, ale też państwowych funduszy i samorządów). A ten przez takie pożyczki znacznie spuchnie.
Według Komisji Europejskiej w tym roku wyniesie on w Polsce aż 80 mld zł, czyli 6,6 proc.
PKB. A za przekroczenie 3 proc. PKB - to jeden z warunków niezbędnych do przyjęcia euro - Bruksela będzie musiała nas ukarać. Teoretycznie grozi nam nawet odebranie części funduszy unijnych, choć nigdy jeszcze do tego nie doszło.
Minister Rostowski wciąż utrzymuje, że deficyt sektora wyniesie w tym roku "tylko" 4,6 proc. PKB. Rząd znowelizuje budżet 7 lipca.
A przyszły rok będzie równie trudny. Jednak zamiast zabrać się za głębsze reformy - do czego namawia Barszcz - rząd zasugerował, że podniesie podatki. - Musimy skończyć reformę emerytalną - mówi Barszcz. Państwo wciąż finansuje wczesne emerytury policjantów i wojskowych, dopłaca 4 mld zł do emerytur górniczych i aż 15 mld zł co roku dokłada do
KRUS, gdyż nawet bogaci rolnicy płacą na swoje ubezpieczenie śmiesznie niskie stawki.