http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dziś przypłyną tu dwa trupy

Witold Szabłowski
2009-07-06, ostatnia aktualizacja 2009-07-07 07:44

Zanim turyści wyjdą na śniadanie, plaże tureckich kurortów patrolują specjalne służby. Szukają ciał wyrzuconych przez morze. Na zdjęciu - restauracja na plaży w Bodrum
Zanim turyści wyjdą na śniadanie, plaże tureckich kurortów patrolują specjalne służby. Szukają ciał wyrzuconych przez morze. Na zdjęciu - restauracja na plaży w Bodrum
Fot. Albert Zawada

Turyści nie lubią znajdować zwłok, więc musimy sprzątnąć wszystko, zanim oni wstaną

Na plażach wokół tureckiego Çes  ´ me i greckiej Mityleny co chwilę znajdujemy porzucone rzeczy: walizkę, buty, czapki, ubrania
Fot. Albert Zawada
Na plażach wokół tureckiego Çes ´ me i greckiej Mityleny co chwilę znajdujemy...
Dzika plaża ogrodzona drutem
Fot. Albert Zawada
Dzika plaża ogrodzona drutem

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Budzą się, kiedy miasto jeszcze się bawi. Wkładają granatowe spodnie, buty traperki i T-shirty z emblematem miasta, które ich zatrudnia. Terenowa honda zabiera ich na plażę. Biorą zestawy do ratowania życia, podstawowe leki, ubrania. Biorą też zapas dużych plastikowych worków.

Metr za metrem przeczesują plaże. Najpierw te najbardziej uczęszczane. Potem te mniej. Te nieuczęszczane - jeśli starczy czasu. Szukają resztek łodzi, butów, swetrów, plecaków, czapek. Wywróconych do góry dnem pontonów, zamokłych koców, dokumentów podróży, paszportów, dziecięcych bucików. Wszystkiego, co mogłoby wyrzucić morze. Ale przede wszystkim szukają ciał.

- Pięć lat temu na głównej plaży, zaraz koło luksusowych hoteli, morze wyrzuciło dwóch Afrykańczyków. Znaleźli ich turyści - mówi Kazim, mężczyzna w granatowych spodniach i butach traperkach. - Turyści nie lubią znajdować trupów. Anglicy, Niemcy czy Polacy przyjeżdżają tu wypocząć i dużo płacą. Dlatego musimy znaleźć wszystkie, zanim oni wstaną.



Promocja jak w markecie

Siedzimy w małej kawiarni w bazarowej części Stambułu. Pół kilometra od nas jest słynny Topkapi - pałac sułtanów. Dzień w dzień tysiące turystów patrzą, gdzie sułtan jadał, gdzie sypiał, a gdzie mieszkały jego żony.

Ale te sprawy nie dotyczą Mahmuda - Irakijczyka z siwiejącą brodą i palcami żółtymi od papierosów. Mahmud pali co pięć minut, jak w zegarku. Papierosa dopala, aż filtr zacznie go parzyć w palce.

Pięć lat temu pracował jako tłumacz dla Amerykanów, aż ich wrogowie wydali na niego wyrok śmierci. Amerykanie pomóc nie chcieli albo nie mogli. - Jest program pomocy byłym tłumaczom, ale chyba tylko Allah wie, dlaczego mnie nie objął - mówi. - Dwóch moich kolegów zginęło. Nie było na co czekać. Wziąłem żonę, pięcioletnią córeczkę i uciekliśmy. Orçur Ulusoy, prawnik z Izmiru, który pomaga imigrantom, ostrzega mnie: - Niech pan nie wierzy w ich historie. Nie mówią prawdy. Prawda jest zbyt niebezpieczna.

Ale świetny brytyjski akcent dodaje Ahmudowi wiarygodności. Mówi, że kuzyn z Niemiec wysłał mu 1000 euro. Rodzina w Iraku uzbierała drugie tyle. Wystarczyło, żeby dojechać TIR-em do Stambułu. - Żonę i dziecko wysłałem do Grecji - mówi. - Pierwszą łódź zawróciła straż przybrzeżna. Druga nabierała wody; ledwo dali radę wrócić do brzegu.

Udało się za trzecim razem. - Dobrze, że się udało, bo kaçakci, czyli przemytnik, bierze kasę za trzy próby. Taka promocja jak w supermarkecie. Ale jeśli nie dopłyniesz za trzecim razem - zbierasz od początku - mówi Mahmud.

Żona jest już w Monachium. Mahmud utknął w Stambule. Zna tu wszystkich: od drobnych cwaniaczków, przez alfonsów, po przemytników. Dzięki niemu mogę się dowiedzieć bardzo dużo.

Mahmud musi uzbierać 2000 euro. Uczy angielskiego. Pomaga sprzedać kradzione paszporty. Nagania przemytnikom klientów. Kokosów nie zarabia, ale jak dobrze pójdzie, za rok będzie w Niemczech. Pieniądze - to dziś dla Mahmuda najważniejsze. Więc kiedy mówię: "Chcę, żebyś mi pomógł znaleźć Yusufa", Mahmud nie pyta, kto to jest ani dlaczego go szukam. Pyta tylko: ile mi zapłacisz?

Zapłacić mu nie mogę. Rozkłada więc ręce, gasi wypalonego aż po filtr papierosa i idzie w swoją stronę.

Most do bogactwa

Są dwa Stambuły.

Pierwszy należy do turystów, pięciogwiazdkowych hoteli i imprezowiczów. Orhan Pamuk szuka w nim źródeł swojej nostalgii, a obwieszeni aparatami Japończycy fotografują każdy jego milimetr. Przyjeżdża tu rocznie 10 milionów turystów. Do całej Turcji - ponad 30. Prawie 10 procent tureckiego budżetu pochodzi z ich kieszeni.

O tym Stambule i o takiej Turcji premier mawia, że jest mostem między Wschodem a Zachodem.

Ale prawdziwy most to dzisiaj drugi Stambuł. Żeby go zobaczyć, trzeba zejść z turystycznego deptaka w boczne ulice i wyostrzyć wzrok.

Wtedy można zobaczyć Afrykańczyków, którzy resztką sił ciągną wózki wyładowane metalem. Chińczyków, którzy gdzieś w piwnicy kroją ogórki do kebabów. Hindusów, którzy sprzedają podróbki perfum i którym wory pod oczami przykleiły się do twarzy na stałe. Znoszą to psie życie, bo marzą o Europie. Wierzą, że nasze bogactwo - a z ich perspektywy Polska też jest superbogatym krajem - jest lekarstwem na ich problemy.

Ci ludzie utknęli na moście, o którym mówi turecki premier. Ilu ich tu mieszka - nikt nawet nie próbuje liczyć. Naukowcy spekulują, że każdego roku przez czyściec Stambułu przechodzi od pół do nawet dwóch milionów imigrantów.



Źródło: Duży Format
  • 1
  • 1
  • 119 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    224 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':