http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Moje projekcje. Lęki i pragnienia widza kinowego"

Tadeusz Sobolewski
2009-07-02, ostatnia aktualizacja 2009-06-30 15:37

Wojciech Kuczok, W.A.B., Warszawa


Po czym poznać kinofila? To ktoś inny niż kinoman, który jest po prostu rodzajem maniaka pożerającego filmy i polującego na fabuły. Kinofilia to postawa twórcza, aktywna. Kinofil nie jest zwykłym oglądaczem - on staje się współtwórcą filmu, który ogląda. Dialoguje, wychodzi mu naprzeciw, otwiera się, czeka - i wnosi ze sobą do kina to oczekiwanie. Przypomina to stan zakochania - odwrotność postawy konsumenta, który tępo czeka, aż mu podadzą kolejne danie, "uzbrojony w wielkie jak garaż pudło popcornu i stulitrowy kubek z colą".

Wojciech Kuczok swoją drugą książeczką o kinie - wydaną w antrakcie między powieściami i przeżywaniem kolejnych kryzysów pisarskich - udowadnia, że jest prawdziwym kinofilem, eseistą filmowym, szczególnym rodzajem krytyka-pisarza, który w ulubionych filmach odnajduje aspekty siebie. Kto z naszych dawniejszych pisarzy miał podobny stosunek do kina? Może Stanisław Dygat? On też kochał kino miłością czystą, pierwotną, przedwojenną. I również nie gardził popularnymi gatunkami - był przecież autorem scenariusza "Trędowatej". Kinofil to istota paradoksalna. Kuczok jest wszystkożerny - odnajduje się w świecie Bergmana i wczesnego Zanussiego, ale "dziecko w nim płacze", kiedy ogląda po latach "Misia Uszatka". Lubi melancholię, obrazy samotności u Rohmera, ale uwielbia też horrory (mimo że nie lubi się bać) i japońskie opowieści o duchach ("żywych inaczej").

Ceni erotykę filmową, nawet soft porno, ale najbardziej interesują go filmy o "miłości zmarnowanej, przemilczanej, niewysłowionej", jak "Okruchy dnia" Ivory'ego, czy o nigdy niezaspokojonym pragnieniu, jak arcydzieło Felliniego "Casanova". Idzie dalej: brakuje mu rodzimego filmu o gejach (próbą była adaptacja jego powieści "Senność"). Tłumaczy ten brak programowym konserwatyzmem naszej kinematografii: na taki film "omuł polski z tytą kukurydzy nie wlezie, chyba że gejostwo pojawi się epizodycznie i zostanie skarykaturowane".

Kuczok, stosując charakterystyczne dla swojego pisarstwa gry słowne, bawi się określeniami gatunkowymi. Kolekcjonuje "river movies" - filmy o rzekach. Do "kina drogi" zalicza filmy o drodze na śmierć - "Balladę o Narayamie" Kinoshity, "Kanał" Wajdy. Czerń, melancholia, pesymizm - stany zadawane sobie przez kinofila w celu terapeutycznym, jako szczepionka. Kuczok ze smakiem pisze o "Nosferatu wampirze" Herzoga z Kinskim, który zagrał "cierpiące zło", które cierpi dlatego, że nie może umrzeć, a umiera dopiero, kiedy się zakocha. Jak wielu polskich widzów Kuczok ceni terapeutyczną rolę "Dnia świra" Koterskiego, któremu udało się rozkochać widza w postaci nieudacznika, na dodatek niesympatycznego, o którym zarówno widz, jak reżyser może powiedzieć: to ja! Polskie filmy, dawne i nowe, są w tych felietonach obecne. Kuczok broni się przed głoszeniem "kryzysu kina polskiego", czując w tym sezonowy banał. Sypie tytułami filmów Glińskiego, Trzaskalskiego, Krauzego, przypomina świetne, a niedocenione dokumenty Ewy Borzęckiej i jeden z najlepszych debiutów dwudziestolecia - "Portret podwójny" Mariusza Fronta. W zamykającym książeczkę felietonie tonem półserio woła o krytyczną sztukę filmową, o "świat nie-przedstawiony", o "przeciwstawienie się dyskursowi dominującemu w sposób tak spektakularny, że się nożyczki cenzorskie z grobów będą chciały wycinać, że się pikiety przed kinami ustawiać będą, że oszołomieni wąsacze z immunitetami będą napadać na samochody przewożące kopie filmu".

Te małe eseje pomagają uświadomić sobie paradoksalną naturę kina: czarny film pomaga mi się oczyścić, pesymizm jest krzepiący, groza przynosi ulgę. Lęk i poczucie znikomości własnej osoby przeżywane w jaskini (Kuczok jest grotołazem) znajduje odpowiednik w przeżyciu filmowym. Jego analizą jest ta książka.

Narrator tych felietonów z jednej strony poddaje się stanom emocjonalnym wywołanym przez film, z drugiej strony trzyma dystans, przygląda się własnym przeżyciom. Może właśnie na tym polega największy przywilej kina. Autor scenariuszy "Pręg" i "Senności" - filmów przyjętych z różnym powodzeniem - nie przestał być kinofilem. Kino pomaga mu uciec od męki twórczej. "Prawdziwy krytyk - pisze Kuczok - kocha swój zawód i każdego dnia dziękuje Bogu, że nie kazał mu być artystą. Nie przeżywa kryzysów twórczych, to artyści przeżywają go za niego". W kinie każdy wrażliwy widz staje się twórcą bez kompleksu. Odbiera z filmu w dużej mierze to, co sam wniósł.

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':