"Irak pozbywa się Amerykanów" - obwieszcza na pierwszej stronie wtorkowa
"Gazeta Wyborcza". Po ponad sześciu latach od inwazji żołnierze USA znikają dzisiaj z ulic irackich miast. W kraju wielka radość. Premier Iraku ogłasza 30 czerwca świętem państwowym - Dniem Niepodległości. Na posterunkach policji w Bagdadzie zamontowano głośniki, przez które nadawane są patriotyczne pieśni. Dzisiaj po południu w parku w centrum miasta odbędzie się festyn, wystąpią śpiewacy i poeci. W irackich siłach zbrojnych panuje pełna mobilizacja - 750 tys. ludzi wyszkolonych po wojnie za miliardy dolarów przejmuje odpowiedzialność za kraj. - Wierzę, że są gotowi - zapewnia w CNN gen. Ray Odierno, głównodowodzący sił USA w Iraku.
Jednak poza kamerą amerykańscy oficerowie przyznają, że irackie siły zbrojne dopiero teraz czeka prawdziwy test. Przez ostatnie dziesięć dni w zamachach zginęło ponad 250 osób, m.in. bomba zabiła 70 na targu warzywnym w Bagdadzie. W stolicy zakazano jazdy motorami, ponieważ ładunki dowieziono tam motocyklem z przyczepką. Amerykanie głoszą, że odchodzą z Iraku z honorem, z wysoko podniesioną głową. Nie może być inaczej, zwłaszcza, że w Bagdadzie rzeczywiście jest coraz spokojniej. Dawni rebelianci i przywódcy lokalnych plemion, którzy wcześniej toczyli bratobójcze walki, przyłączyli się do proamerykańskiej milicji "Przebudzenie" skuszeni obietnicami władzy w swoich rejonach. Pomogli Amerykanom wyłapać swoich byłych kolegów z Al-Kaidy, którzy nie chcieli zmienić frontu. Żołd w wysokości 300 dolarów, co miesiąc wypłacany z budżetu USA, uzupełniają haraczami od irackich sklepikarzy i restauratorów na swoich terenach.
Amerykę ta wojna kosztowała już ponad 500 mld dol. Taka jest - jak dotąd - cena pokoju.
* W dzisiejszej
"Gazecie" opis niezłomnej postawy polskiego inżyniera Piotra Stańczaka, którego w lutym zabili pakistańscy talibowie. Przed egzekucją zaproponowali mu, by przeszedł na islam i ocalił życie. Stańczak odmówił. - Niczego się nie bał ani niczym nie martwił. Zjadał wszystko, co mu dawano, i spał dobrze. Talibowie uważali to za przejaw wielkiej odwagi i podziwiali go - mówił pakistański jeniec, który był przetrzymywany razem z Polakiem. - Dlatego gdy negocjacje z władzami się załamały i trzeba go było zabić, postanowili dać mu ostatnią szansę na ocalenie życia. Polakowi zaproponowano, by porzucił chrześcijaństwo i przyjął islam. Ale Polak był bardzo uparty i odmówił. Powiedział, że wpierw powinno się go uwolnić, że wróci do domu, naradzi z rodziną i dopiero wtedy zadecyduje. To wszystkich zdumiało. Dla talibów zabicie Polaka nie było łatwą decyzją, ale zasady są zasadami. Dali mu ostatnią szansę, lecz z niej nie skorzystał. Bez wątpienia był dzielnym człowiekiem.
* Czy minaret może zburzyć spokój polskiego miasta?
Awanturę, do jakiej doszło w Poznaniu opisuje "Gazeta Wyborcza". W czerwcu przyszłego roku, podczas Festiwalu Teatralnego "Malta", w minaret ma zostać zmieniony komin starej poznańskiej papierni. Autorką pomysłu jest Joanna Rajkowska - ta sama, która postawiła palmę w centrum stolicy.
Po co jej minaret? - Żebyśmy zaczęli rozmawiać o problemach, o których milczymy. O islamie, o pozycji kobiet w tamtej kulturze i religii, o życiu z muzułmanami. Chcę poszerzać perspektywę Poznania. Od lat wołam o różnorodność w naszym białym, homogenicznym i katolickim społeczeństwie - mówi artystka.
No i się zaczęło. Na forach internetowych wrze dyskusja, są już pierwsze listy protestacyjne. Internauci oskarżają Rajkowską o promocję islamu, religijną prowokację i marnowanie publicznych pieniędzy. W odezwie przeciw minaretowi czytamy, że to "koń trojański" islamu, który ma pomóc muzułmanom w ekspansji na Poznań. "Minaret to symbol dominacji islamu i nieposkromionej pychy wyznawców tej religii. A meczety to wylęgarnia terrorystów".
- Pokażmy, że jesteśmy otwartym, tolerancyjnym miastem - bronili minaretu nieliczni, ale ich głos jest słabiutki. Przeważa stanowisko, że: minaret jest "obcy kulturowo", "nie posiada żadnych istotnych walorów artystycznych", "może być odebrany jako prowokacja i próba ośmieszenia symbolu religijnego poprzez jego realizację na kominie".
Tylko Rajkowska się cieszy: - W moim projekcie właśnie chodzi o reakcje, które wywoła minaret. To wspaniałe, że już poruszył umysły.
* Poznań jakoś nie ma ostatnio szczęścia.
"Fakt" opisuje inny skandal, do jakiego doszło w mieście. "Zdejmij gacie, będziesz artystą" - krzyczy brukowiec i pokazuje zdjęcie goluteńkiego reżysera Pippo Delbono. Pan Pippo pokazał w Poznaniu spektakl, w którym zgorszona publiczność oglądała biegających po scenie nagich facetów. Reżyser rozebrał nawet mężczyznę z zespołem Downa. Widzowie utyskiwali, że spektakl miał opowiadać o pożarze we włoskiej fabryce. Jednak już wcześniej ptaszki musiały ćwierkać, że będzie skandal, bo "Fakt" donosi, że "mimo drogich biletów widownia pękała w szwach".
* "Rzeczpospolita" daje nam to, co kochamy najbardziej - dowód, że wszyscy na świecie są Polakami. A jak nie, to muszą mieć jakiś związek z polską - a jeśli tak, to są Polakami. Dowód? Minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii David Miliband ma polskich przodków. Jego potomkami są Żydzi z Warszawy i Częstochowy. Już samo to jest powodem do dumy, ale minister Miliband na tym nie poprzestaje. - Gdyby nie dobre serca Polaków, moja matka zginęłaby jak inni członkowie rodziny, a ja nie przyszedłbym na świat - mówi. Chętnie przyznaje się do polskich korzeni, ale w jaki sposób udało się uratować jego matkę, która w chwili rozpoczęcia wojny miała pięć lat, nie chce powiedzieć nikomu.
Na ślad żydowskich przodkówMilibanda "Rzeczpospolita" natrafiła w Częstochowie. W kwietniu 1941 roku Niemcy utworzyli tam tzw. duże getto, w którym zamieszkało 40 tysięcy Żydów. Prawie pewne jest, że w getcie znalazła się rodzina Milibanda. Wiadomo, że wówczas żydowskie rodziny ratowały dzieci, oddając je do polskich domów. Jeśli brytyjski minister twierdzi, że jego matka ocalała dzięki dobremu sercu Polaków, można zakładać, że trafiła do polskiego domu.
Tuż po wojnie babka ministra wyjechała z Polski do Anglii. Zabrała ze sobą córki ocalałe z Holocaustu. Jenta, która zmieniła imię na Marion poznała Adolfa Ralpha Milibanda, z pochodzenia warszawskiego Żyda i wykładowcę London School of Economics. Z tego związku na świat przyszedł Dawid, który w lipcu 2007 r. został ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii. W trakcie zeszłotygodniowej wizyty w kraju przodków przyznał, że czuje się jednym z milionów Brytyjczyków, w których płynie polska krew. Do Częstochowy jednak nie dotarł.
* Czas na wieści z Górnego Śląska. Nerwowo.
"Nawet 30 tysięcy gołębi pocztowych z woj. śląskiego mogło zginąć w nawałnicach, które podczas weekendu przeszły nad południową Polską" - czytamy w
"Polsce. Dzienniku Zachodnim". Hodowcy załamują ręce. Stracili połowę swoich najcenniejszych okazów. Winą za straty obarczają zarząd katowickiego okręgu Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych.
Dlaczego doszło do katastrofy? Jak co roku, gołębie z województwa śląskiego wywieziono do niemieckiego Scheningen. 50 tysięcy ptaków miało stamtąd lecieć do Polski. Prognozy pogody były fatalne dla całej Europy. Mimo to przedstawiciele katowickiego zarządu PZHGP zdecydowali się wypuścić ptaki do lotu. Pokonanie niespełna 600 kilometrów powinno zająć gołębiom kilka godzin. Tymczasem od soboty na Śląsk wróciły tylko nieliczne. Hodowcy nie mają złudzeń - większość gołębi prawdopodobnie padło z wyczerpania, lecąc nawałnicach i gradobiciach.
- Myśleliśmy, że ludzie w zarządzie są poważni i potrafią prawidłowo oceniać warunki. Powinni podać się do dymisji - nie kryje wściekłości Rudolf Babczyk z Katowic, który stracił 24 z 31 wysłanych do Niemiec ptaków. - Nasze gołębie zginęły przez ludzką ignorancję.
Hodowcy zastanawiają się nad oddaniem sprawy do sądu.
* Na katowickich i bielskich stronach
"Gazety Wyborczej" o tym, jak nowoczesność wkracza do kościoła. Przykład z Leśnej na Żywiecczyźnie. Ks. Piotr Sadkiewicz, znany z namawiania swoich parafian do oddawania krwi i zapisywania się banku dawców szpiku, ustawił w kościele infokiosk. Wystarczy dotknąć ekranu, by wejść na stronę internetową parafii i poczytać o jej historii, wystroju kościoła, znajdujących się tutaj relikwiach, nabożeństwach i aktualnościach. - To ciekawsze niż zwykła tablica z obwieszczeniami - mówi ks. Sadkiewicz. W infokiosku dostępna jest m.in. także strona diecezji bielsko-żywieckiej, lokalnych szkół, Urzędu Gminy i Starostwa Powiatowego. Inne strony są zablokowane.
Młodsi parafianie używają infokiosku od pierwszego dnia. Starsi powoli się do niego przyzwyczajają. Jednej ze starszych pań skojarzył się z bankomatem. - Inna nie wiedziała, do czego służy. Ale gdy wnuczek pokazał jej w nim zdjęcia z procesji Bożego Ciała, na których występuje na pierwszym planie, była zachwycona - dodaje proboszcz.
Specjalnie przywołałem infokiosk z Leśnej, bo to dowód, że nie uciekniemy przed informacją. Urodzi się w Iraku, albo Pakistanie i w ciągu kilku chwil dopadnie nas w małym żywieckim kościele. Już się przed nią nie schowamy. Amen.