http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Michael Jackson 1958-2009

Robert Sankowski
2009-06-26, ostatnia aktualizacja 2009-06-26 19:40

25 sierpnia 1993, Jackson na koncercie w Bangkoku
25 sierpnia 1993, Jackson na koncercie w Bangkoku
Fot. JEFF WIDENER AP

Nikt do tej pory nie sprzedał 100 mln egzemplarzy jednej płyty. Po latach artystycznych niepowodzeń cały świat od wczoraj znów słucha jego piosenek

GALERIA ZDJĘĆ
- Bardzo trudno było go kochać. Ale jeszcze trudniej było go nie kochać - mówił w CNN w kilka minut po informacji o jego śmierci słynny dziennikarz telewizyjny Larry King.

I trudno o lepszy komentarz do rozgrywającej się od początku do końca na oczach mediów sagi zatytułowanej "życie Michaela Jacksona".



On nie był jednym z wielu

O tym, że z Jacksonem - przygotowującym się w Los Angeles do serii lipcowych koncertów - dzieje się coś złego, CNN informowało od późnego czwartkowego wieczora naszego czasu. Wokalista znajdował się już wtedy w stanie śpiączki w szpitalu Uniwersytetu Kalifornijskiego. Parę godzin wcześniej gwiazdor zasłabł w domu w LA. Towarzyszył mu osobisty lekarz, a o godz. 12.21 lokalnego czasu współpracownicy Jacksona wezwali pogotowie. Przybyła dziewięć minut później ekipa medyczna stwierdziła zatrzymanie akcji serca. Zabiegi reanimacyjne trwały kolejną godzinę. Około 14.30 lekarze stwierdzili śmierć.

Informacja natychmiast dotarła do mediów. Jako jeden z pierwszych na swojej stronie internetowej wiadomość podał dziennik "Los Angeles Times". Było już grubo po północy polskiego czasu (w Los Angeles dochodziła 16), gdy newsa potwierdziło też CNN.

W telewizyjnych studiach natychmiast zaczęli się wypowiadać komentatorzy i eksperci - od autorów pisujących w serwisach plotkarskich, dziennikarzy opiniotwórczych magazynów popkulturowych "Rolling Stone" i "Spin" aż po pracujących w CNN specjalistów od show-biznesu. "Jackson żył w bańce mydlanej" - mówił ktoś o relacji wokalisty z rzeczywistością. "Otaczał się ostatnio fatalnymi ludźmi. Praktycznie każdy jego współpracownik prędzej czy później okazywał się nielojalnym karierowiczem albo zwykłym draniem" - wtórował mu inny komentator.

Takie opinie słychać przy okazji dyskusji o dowolnej gwieździe. Sporo w nich gorzkiej prawdy o tym, jak funkcjonuje wielki show-biznes.

Ale w przypadku Jacksona brzmią one wyjątkowo - bo on nie był jednym z wielu.

Formatem, skalą komercyjnego sukcesu i zdobytej na świecie popularności przebijał dowolną postać współczesnej popkultury.

Przy okazji jego gwiazdorstwo posunięte było do absurdu - w jego wykonaniu każdy najmniejszy gest, każdy ruch promocyjny czy artystyczny, każdy fakt z życia prywatnego rozrastał się do wielkich rozmiarów.

Tyran ojciec i cudowne dzieci

Michael Joseph Jackson urodził się 29 sierpnia 1958 r. w wielodzietnej - miał ośmioro rodzeństwa - rodzinie robotniczej z miasta Gary na obrzeżach Chicago.

Jego ojciec pracował w hucie stali, a po pracy grywał w amatorskim zespole rhythmandbluesowym. To właśnie on - gdy przyłapał jednego z synów grającego na jego gitarze - odkrył muzyczny talent swoich dzieci i zadecydował o ich karierze w show-biznesie.

W 1964 r. pod jego okiem trzech starszych braci Michaela stworzyło zespół The Jacksons. Rok później do zespołu dołączyło dwóch kolejnych - jednym z nich był siedmioletni Michael. Początkowo grał na tamburynie i congach, ale szybko okazało się, że jego liczne talenty - okazał się nie tylko świetnym wokalistą, ale też tancerzem i showmanem - czynią z niego centralną postać zespołu.

Nie miał jeszcze dziesięciu lat, gdy został gwiazdą grupy - po drobnych roszadach w składzie, w wyniku których na miejsce dwóch braci przyszli profesjonalni muzycy i zmianie nazwy na The Jackson 5 - zdobywającej powoli najpierw lokalną, potem ogólnokrajową sławę.

A wszystko kosztem dzieciństwa. Po latach Michael przyznał, że ojciec trzymał całą grupę twardą ręką, zmuszał synów do wielogodzinnych prób, a gdy coś nie szło po jego myśli - bił i ostro beształ przerażone dzieciaki. I w tych doświadczeniach wszyscy dopatrywali się źródeł wszystkich późniejszych emocjonalnych problemów Jacksona. Rozdarty między tyranizującym rodzinę ojcem a religijną matką, która rygorystycznie wpajała dzieciom zasady wiary świadków Jehowy Michael także i w dorosłym życiu przypominał zagubione dziecko. Z jednej strony przekonane, że jedynym sposobem na zdobycie akceptacji jest sukces, przez co boleśnie przeżywające każdą porażkę i rozpaczliwie walczące o stałe zainteresowanie fanów, z drugiej - z naiwną wiarą powtarzające komunały o przyjaźni, miłości i światowym pokoju.

Wreszcie solo

Na początku nikt się tym nie przejmował. W 1968 r. The Jackson 5 podpisali kontrakt z wytwórnią Motown, zaczęli sprzedawać miliony płyt, a Michael stał się ulubieńcem Ameryki. Także, co ważne, tej białej, co w tamtych czasach i w tamtejszym show-biznesie - wciąż podzielonym rasowo tak samo jak całe amerykańskie społeczeństwo - nie było oczywiste.

Zespół odnosił kolejne sukcesy, Michael dorastał, zaczął nagrywać także pod własnym nazwiskiem, a rola w nakręconym w 1978 r. filmie "The Wiz" (musicalu opartym na baśni "Czarnoksiężnik z krainy Oz") udowodniła, że stać go na wielką karierę solową.

Potem wydał album "Off The Wall". Nagrany pod okiem producenta Quincy'ego Jonesa i przy współpracy wielkich gwiazd (autorami piosenek byli m.in. Paul McCartney oraz Stevie Wonder) longplay stał się wielkim hitem. Amerykanie kupili aż 7 mln egzemplarzy, a krytycy wychwalali.

Michael dostał to, o czym marzył - sukces komercyjny i artystyczny pod własnym nazwiskiem.

Chciał jednak jeszcze więcej. Nad następną płytą pracował trzy lata - gdy efekty nagrań go nie zadowalały, wyrzucił prawie gotowy materiał do kosza i zaczął wszystko od początku. Opłacało się - wydany późną jesienią 1982 "Thriller" był megahitem, a piosenki "Billie Jean", "Beat It" czy tytułowy długo utrzymywały się na szczytach list najpopularniejszych singli i na stałe weszły do kanonu współczesnej muzyki rozrywkowej.

Rewolucja wideoklipów

Jacksonowi udało się znaleźć perfekcyjną receptę na sukces - "Thriller" to kapitalnie wyważona mieszanka tego, co najlepsze w ówczesnej czarnej i białej muzyce: od taneczno-funkowego pochodu sekcji rytmicznej w "Billie Jean" aż po zagraną przez mistrza heavymetalowej gitary Eddiego Van Halena rockową solówkę w "Beat It".

Ale "Thriller" to nie tylko sama muzyka. Przy okazji tej płyty Jackson stworzył też zupełnie nowy typ gwiazdy - opierającej swój sukces nie tylko na radiu i granych w nim piosenkach, ale także lansującej się za pośrednictwem teledysków.

Gigantyczne nakłady na epickie wideoklipy (utwór tytułowy ilustruje 13-minutowy minihorror zrealizowany przez hollywoodzkiego reżysera Johna Landisa - produkcja pochłonęła pół miliona dolarów!) zwróciły się z nawiązką. Jackson znakomicie wyczuł nowe medium - ledwie rok wcześniej debiutowała w Stanach nadająca wyłącznie muzyczne teledyski stacja MTV. To za jej sprawą zawładnął wyobraźnią milionów fanów, których zahipnotyzował muzyką, towarzyszącym jej obrazem i charakterystycznym tańcem "moonwalk", który stał się jego znakiem firmowym. Przy okazji ostatecznie przełamał wciąż trwałe w amerykańskiej muzyce bariery rasowe - debiutując w MTV, stał się pierwszym czarnoskórym artystą, którego wideo pokazała ta prezentująca do tej pory wyłącznie klipy białych wykonawców stacja.

Era króla popu

"Thriller" to nie tylko opus magnum Jacksona, ale też kamień milowy w historii całej muzyki rozrywkowej.

Album przez 37 tygodni zajmował pozycję numer 1 na liście przebojów "Billboardu", przez 80 - nie spadał z pierwszej dziesiątki zestawienia. Jackson zgarnął za płytę aż osiem nagród Grammy. Do dziś na całym świecie rozeszło się ponad 100 mln egzemplarzy, co czyni z niej najlepiej sprzedający się tytuł wszech czasów. To dzięki niej Michael powszechnie uchodził za króla popu.

Ale to także ten album przyćmił wszystko, co jako artysta zrobił wcześniej i później. Następne płyty nie powtórzyły aż tak gigantycznego sukcesu "Thrillera". "Bad" z 1987 r. kupiło 30 mln fanów. Podobnie późniejszy o cztery lata "Dangerous". O takich wynikach może pomarzyć wielu artystów. Ale dla Jacksona to była porażka.

Stał się niewolnikiem własnego sukcesu. Przy okazji również niewolnikiem wykreowanego wizerunku. Jako menedżer własnej kariery potrafił wykazywać się genialnym zmysłem. Tak było w połowie lat 80., gdy postanowił kupić przynoszące każdego roku gigantyczne dochody prawa do piosenek Beatlesów. W 1985 r. był współautorem wielkiego charytatywnego hitu "We Are The World" na rzecz głodujących dzieci.

Ale świat już zaczął dostrzegać oznaki coraz większego zagubienia. Już w okolicach "Off The Wall" media donosiły o jego operacjach plastycznych (podobno chciał mieć nos Elizabeth Taylor i podbródek Kirka Douglasa). W latach 80. obsesyjnie chciał rozjaśnić skórę. To, co jednak osiągnął z muzyką, która przemawiała do białej i czarnej widowni, nie udało się z własnym ciałem. Media kpiły, że coraz bardziej przypomina mumię z horroru niż człowieka. Jego fani tłumaczyli tę przemianę trapiącymi go chorobami - jaśniejąca skóra miała być efektem bielactwa, chudość i niepokojący wygląd twarzy - toczenia rumieniowatego.

Dla mediów atrakcyjniejszy był jednak Jackson dziwak, który w ukryciu przed światem z miłego czarnoskórego chłopca przemienia się w swoistego Mr Hyde'a.

Zresztą sam Jackson podsycał niezdrowe zainteresowanie swoim wizerunkiem. W 1993 r. w wywiadzie z Oprah Winfrey przyznał się do zmagania z chorobami. Ale jednocześnie kategorycznie zaprzeczał, że robił operacje plastyczne. Ukrywał również kłopoty z lekomanią - miał się uzależnić od środków przeciwbólowych już w 1984 r. po wypadku podczas kręcenia reklamy Pepsi.

Piotruś Pan w Neverland

Równie tajemnicze jak stan zdrowia było życie prywatne Jacksona. On sam podsuwał brukowcom rewelacje o swojej znajomości z Elisabeth Taylor czy Brooke Shields. Media traktowały to raczej jak zasłonę dymną sprytnie stawianą przez gwiazdora i uparcie drążyły temat jego rzeczywistych uczuć. Długo znajdowały tylko swoistego Piotrusia Pana, który na swoim ranczu Neverland kreował świat z dziecięcych marzeń wypełniony przez dzieci, nierealne budowle i egzotyczne zwierzęta. Mało kto zauważał, że także znajomość z Shields czy Taylor (a także późniejsza przyjaźń z Macaulayem Culkinem) świetnie się w ten świat wpisywały - Michael potrafił zbliżyć się jedynie do ludzi, którzy tak jak on wiedzieli, co to znaczy być dziecięcą gwiazdą i stracić przez to dzieciństwo. „W jego hotelowym pokoju zobaczyłem kiedyś postaci Batmana i Supermana naturalnych rozmiarów”- opowiada o jednym ze spotkań z Jacksonem Larry King. „Zapytałem go, po co mu one. »Kocham ich « - odpowiedział. On był naprawdę inny”.

Ta inność intrygowała, prowokowała, w końcu stała się przekleństwem. Co gorsza, szło to w parze z upadkiem Jacksona jako artysty. Michael mógł być gigantem w połowie lat 80., ale z czasem - w przeciwieństwie np. do Madonny - przestał rozumieć zmieniający się rynek muzyczny. Bezradny coraz bardziej zamykał się we własnym świecie, w którym wciąż był królem popu.

Po "Dangerous" wszelkie próby reaktywowania kariery w latach 90. okazywały się niewypałem. No i Jackson powoli stawał się swoją własną karykaturą. Gdy w 1993 r. dopadły go oskarżenia o molestowanie seksualne jednego z odwiedzających jego ranczo chłopców, z karykatury przekształcił się w postać tragiczną. Jackson artysta ostatecznie się kończył. Została tylko pożywka dla brukowców.

Potrzeba było jego śmierci, by znów stało się jasne, dla jak wielu ludzi na całym świecie był ważny jako artysta - na wieść o śmierci tłumy fanów zaczęły gromadzić się w amerykańskich miastach, spontanicznie urządzane są modlitwy za muzyka, a w Wielkiej Brytanii jego płyty znikają ze sklepów.

Choć niczego mu nie udowodniono, kolejne oskarżenia i związane z nimi procesy prześladowały go przez wiele lat. Sam zupełnie się w tym czasie pogubił, tylko podsycając niezdrowe zainteresowanie mediów - małżeństwem z córką Elvisa Lisą Marie Presley, związkiem z pielęgniarką Deborah Rowe, z którego miał dwoje dzieci, oraz narodzinami trzeciego potomka, którego matka do dziś pozostaje nieznana.

Bardzo ludzka śmierć

Ostatnie miesiące życia były takie same jak poprzednie. Najpierw bombastyczna zapowiedź powrotu na scenę, który miała być jednocześnie pożegnaniem z fanami. Zamierzał zagrać aż 50 koncertów w Londynie. Pieniądze przed przejściem na artystyczną emeryturę miały mu pomóc spłacić gigantyczne długi. Potem pogłoski o kłopotach zdrowotnych (w tym prorocza wypowiedź jednego z członków rodziny, który obawiał się, że Jackson nie przeżyje morderczej londyńskiej serii). Odwołanie kilku pierwszych występów, które miały rozpocząć się za kilka dni. W końcu zaskakująca cały świat śmierć w asyście ustawionych pod szpitalem dziesiątków fotoreporterów i ekip telewizyjnych.

Jego śmierć i to, co się teraz dzieje, pokazują, że we współczesnej popkulturze Jackson był wszystkim: gwiazdą, idolem, postacią medialną, znakiem towarowym.

Jackson umarł tego samego dnia co Farah Fawcett. Dawna gwiazda serialu "Aniołki Charliego" ze swojej choroby uczyniła publiczny spektakl - powstał nawet specjalny, bardzo naturalistyczny dokument pokazujący jej przegraną walkę z nowotworem. Obudowując swoje cierpienie w medialny sztafaż, Fawcett sama oswajała własne odejście, a jednocześnie przygotowywała na nie miliony widzów.

Paradoksalnie śmierć Jacksona - być może największego symbolu kreacyjnej siły współczesnych mediów - to nie wyreżyserowane widowisko, lecz prawdziwe życie: była nagła, nieoczekiwana, a przez to bardzo ludzka.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 24 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':