- Nigdy tego nie zapomnę, od tamtego dnia w ogóle nie śpię, nie potrafię zapomnieć jej spojrzenia - opowiada 38-letni Arasz Hedżazi, lekarz, wydawca i pisarz z Teheranu, który przebywa na Wyspach.
"Tamten dzień" to sobota 20 czerwca, tydzień po wyborach prezydenckich, które oficjalnie wygrał prezydent Mahmud Ahmadineżad. Irańczycy nie uwierzyli w taki wynik wyborów i codziennie protestowali na ulicach irańskich miast żądając ponownego przeliczenia głosów (obok - astronom z Torunia twierdzi, że modele statystyczne dowodzą, iż wybory zostały sfałszowane).
W trakcie protestów zginęło 17 osób, tysiąc zostało brutalnie pobitych, kilkaset osób aresztowano. 26-letnia Neda w tłumie demonstrantów znalazła się podobno przypadkiem, jechała taksówką z nauczycielem muzyki, ale utknęli w korku i wysiedli z samochodu zaczerpnąć powietrza.
- Nie znałem jej, była po prostu jedną osobą z tłumu - opowiada dziennikarzom BBC doktor Hedżazi. - Policja rozpyliła gaz łzawiący, w naszą stronę na motorach jechali basidżi (członkowie rewolucyjnej milicji w cywilu) - opowiada lekarz. - Wszyscy uciekliśmy w boczną uliczkę, wydawało się, że tam będzie bezpiecznie.
Nie było. Po chwili usłyszeli strzały. - Odwróciłem się, zobaczyłem Nedę, z jej klatki piersiowej tryskała krew, dziewczyna ze zdziwieniem spojrzała w dół, na ranę, potem osunęła się - opowiada. - Rzuciliśmy się do niej, położyliśmy ją na ziemi. Próbowałem uciskać jej ranę, żeby zatamować krwawienie, ale byłem bez szans, kula rozerwała aortę i płuco.
Minutę później dziewczyna nie żyła: - Nie zdążyła nic powiedzieć, ale spojrzała na mnie takim niewinnym spojrzeniem, jakby chciała wiedzieć dlaczego ona?
Hedżazi opowiada dziennikowi "Times", że chwilę później rozwścieczony tłum złapał basidżiego na motorze i odebrał mu broń. - Nie chciałem jej zabić, naprawdę nie chciałem! - krzyczał ów człowiek. Ludzie nie wiedzieli co z nim zrobić, ktoś zawołał: "Nie róbcie mu krzywdy, nie jesteśmy mordercami jak oni!". - W końcu go puścili - opowiada doktor. - Ale wcześniej ktoś wziął jego dokumenty, ktoś zrobił mu zdjęcie. Wiem, że w Iranie są ludzie, którzy wiedzą, kto zabił Nedę.
Władze upierają się, że dziewczyna zginęła z ręki demonstranta. - Nasze siły bezpieczeństwa nie strzelają do stojących na ulicy kobiet - mówił w piątkowym kazaniu jeden z religijnych autorytetów Ahmad Chatami i wezwał do "zdecydowanego i okrutnego" karania protestujących.
Nie bardzo jest już jednak kogo karać, bo od kilku dni protesty zamierają, głównie z powodu wszechobecnych policjantów i basidżich. Nadzorująca wybory Rada Strażników, która jeszcze tydzień temu przyznawała, że co najmniej 3 mln głosów mogło zostać sfałszowane, wczoraj nagle wyzbyła się wątpliwości i ogłosiła, że nie doszło do złamania prawa, a wybory "jeszcze nigdy nie były tak uczciwe".
Doktor Hedżazi wie, że grozi mu niebezpieczeństwo. Zanim wsiadł do samolotu do Wlk. Brytanii, napisał do swojego przyjaciela, brazylijskiego pisarza Paulo Coelho: "Jeśli coś mi się stanie, proszę zaopiekuj się rodziną. Zaszczytem było mieć w tobie przyjaciela".
Udało mu się uciec, ale boi się wracać do Iranu: - Ale nie mogłem pozwolić, by jej krew była przelana na darmo. Neda umarła tam na ulicy, żeby powiedzieć coś światu, i myślę, że powiedziała.
Źródło: Gazeta Wyborcza