I całkiem serio przekonuje, że opublikowany niedawno przez "Rzeczpospolitą" żałosny rysunek, na którym pan z kozą stoi w kolejce, by wziąć ślub zaraz po dwóch gejach, to wizja prorocza.
Terlikowski odkrył bowiem, że homoseksualiści nie walczą z dyskryminacją, ale ich celem jest "zburzenie cywilizacji zachodniej zbudowanej na normach i wartościach judeochrześcijańskich, a także na pełnej akceptacji i ochronie rodziny".
Pierwszy krok już zrobili. Udało się im „wprowadzić do debaty publicznej, a nawet do języka ludzi Kościoła termin »orientacja seksualna «”. To wedle Terlikowskiego jest jawnym nadużyciem, bo sugeruje, że homo- i bi- są tak samo uprawnieni jak hetero-, a przecież to dewiacja.
Gdyby orientacja homoseksualna była czymś naturalnym, dowodzi Terlikowski, "prawodawstwo czy publiczna moralność byłaby zmuszona uznać za normę także zjadanie swoich partnerów po odbytym stosunku seksualnym (bo i to się zdarza w przyrodzie)".
Redakcja ogólnopolskiego, ponoć opiniotwórczego dziennika, drukując ten nienawistny, obelżywy bełkot, wykreowała właśnie inną normę - dno. Terlikowskiego razi nawet "eufemizm" - gej. Zamiast tego wolałby mówić o pedałach, względnie pederastach, którym chodzi o "doprowadzenie do takiej sytuacji, by uprawnienia małżeństw przysługiwały wszystkim relacjom seksualnym. Małżeństwo zrównane ma być z konkubinatem i relacjami homoseksualnymi. A w dalszej perspektywie (wbrew pozorom, biorąc pod uwagę rosnący w siłę ruch przeciwko szowinizmowi gatunkowemu, wcale nie jest to niemożliwe) także z zoofilskim związkiem pana z kozą".
Według Terlikowskiego "taka jest logika postępu rewolucji homoseksualnej". Też w to nie wątpię, bo po jego tekście w "Rzeczpospolitej" sama dostrzegam narastającą falę związków tego, co ludzkie z tym, co zwierzęce.
Na przykład od nadmiaru homofobii często dostaje się małpiego rozumu.
Źródło: Gazeta Wyborcza