"Humpty Dumpty w Oakland" to jedna z ostatnich powieści, którymi geniusz literatury SF. Philip Dick próbował zaistnieć jako pisarz realistyczny. Napisana w roku 1960, tak jak wszystkie poprzednie została odrzucona przez wydawców. Ukazała się w 1986 roku, już po śmierci pisarza.
Im więcej czytam tych odrzuconych powieści Dicka, tym słabiej rozumiem ówczesnych wydawców. Powieść jest niezła. Opisuje perypetie dwóch małomiasteczkowych biznesmenów - starzejący się mechanik samochodowy Jim Fergesson chce sprzedać swój warsztat i przejść na emeryturę, co oznacza ruinę dla współpracującego z nim Ala Millera, sprzedawcy używanych aut.
Miller najpierw próbuje Fergessona wziąć na litość, potem uruchamia dziwaczne intrygi mające storpedować transakcję. Bieg wydarzeń sprawia, że Fergesson zapomina o tym, że sprzedawał warsztat po to, żeby sobie zapewnić spokojną starość - mając nadwyżkę pieniędzy, postanawia spróbować sił w biznesie, choć układ krążenia od dawna wysyłał mu sygnały, że czas zwolnić tempo.
Tłem dla tej opowieści jest modernizacja regionu Zatoki San Francisco - warsztaty prowadzone przez właściciela są przestarzałe, zastępują je anonimowe stacje obsługi, jedna podobna do drugiej, w których znacznie więcej będzie się płacić za znacznie bardziej niedbale wykonaną usługę.
Budowana właśnie autostrada 101 zmieni ceny
nieruchomości i demografię w pobliskich miasteczkach. Miller i Fergesson mają świadomość tego, że tak czy siak obaj są już anachronizmem - w Oakland nie ma dla nich przyszłości. Zamiast działać razem, wdają się w absurdalne przepychanki.
W tym samym czasie John Updike pisał cykl o Króliku. Dlaczego tę powieść o sfrustrowanym małomiasteczkowym biznesmenie okrzyknięto arcydziełem, a powieść Dicka uznano za niedrukowalną? Bo Updike zbudował z tego materiału współczesny moralitet, a u Dicka z całej historii nic nie wynika, to powieść o bezsensie i przypadkowości ludzkich działań.
Ale przecież takie właśnie jest życie - miotamy się jak szaleni, rozkręcamy różne pomysły, a wynik jest dziełem przypadku i potem sami nie wiemy, po co nam było to wszystko. Amerykańscy czytelnicy w 1960 roku nie byli chyba jeszcze gotowi na tak ponurą diagnozę. Współczesnemu polskiemu czytelnikowi aktualny kontekst lekturze powieści dodaje to, że my też żyjemy w gwałtownie się modernizującym społeczeństwie i kolejne grupy społeczne dowiadują się, że są przestarzałe - a ich próby przystosowawcze często są tak nieporadne jak bohaterów Dicka.