http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Norman Davies. Wielka historia w przerwie meczu

Jerzy Illg
2009-06-28, ostatnia aktualizacja 2009-06-23 13:23

"Bożemu igrzysku" reklamę zapewnił sam generał Jaruzelski. Ukazało się na Zachodzie 12 grudnia '81

Norman Davies. Ur. w 1939 r. historyk brytyjski, z pochodzenia Walijczyk. Skończył studia w Oksfordzie, doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po polsku wydał m.in.
Fot. Adam Golec
Norman Davies. Ur. w 1939 r. historyk brytyjski, z pochodzenia Walijczyk...
Jedną z rzeczy, których prawdziwie zazdroszczę Normanowi Daviesowi, jest fantastyczna umiejętność koncentracji. Pozwala mu ona wykorzystywać każdy skrawek czasu, pisać w poczekalni na lotnisku, w samolocie, pociągu. To dla mnie coś niewyobrażalnego - zwłaszcza w wypadku historyka, który musi opierać się na źródłach, odwoływać do literatury i niezliczonych tekstów. Ile informacji musi mieć w głowie, jak dokładnie widzieć "mapy" kolejnych rozdziałów, jak szczegółowo wyobrażać sobie konstrukcję swych dzieł, żeby móc wykorzystywać na pisanie wolne popołudnie podczas konferencji naukowej czy - jak sobie wyobrażam - przerwę w meczu Bolton - Manchester United?

Podczas pamiętnego kabaretu Znaku wystawionego na jubileusz 40-lecia wydawnictwa Jacek Fedorowicz opowiadał o nieznanych szerzej talentach swego przyjaciela Normana. Otóż zdaniem Fedorowicza - widocznie również doświadczonego przez los i ponoszącego z tytułu tej przyjaźni poważne ofiary - Davies i jego rodzina podczas wizyt w zaprzyjaźnionych domach ujawniają zdumiewające możliwości destrukcyjne. „Ich szlak znaczą nie wiadomo jakim cudem unieruchomione pralki, połamane meble i przekręcone krany. Gospodarze - ciągnął pan Jacek - oczywiście żadnego z tych urządzeń nie naprawiają, tylko pokazują je kolejnym gościom, z dumą objaśniając: »Tędy przeszli Normanowie! «”.

***

Norman Davies pojawił się w Znaku za sprawą Jacka Woźniakowskiego i przede wszystkim tej przyjaźni zawdzięczamy to, że autor najpoczytniejszych w Polsce dzieł historycznych pozostaje wierny Znakowi.

Woźniakowski z właściwą sobie intuicją wypatrzył i zdecydował się wydać "Boże igrzysko". Dla cenzury - był rok 1989 - książka ta była oczywiście niestrawna, ale stalowe szczęki Urzędu Kontroli wyraźnie już rdzewiały i uchwyt ich słabł, co staraliśmy się wykorzystać, wyszarpując z nich po kawałku, co tylko się dało.

Pamiętam, że negocjacje w sprawie wydania pierwszego tomu „Bożego igrzyska” były moim pierwszym spotkaniem oko w oko z Głównym Urzędem Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk. W budynku przy ulicy Basztowej, ponad biurami LOT-u, pracowali jeszcze dziarsko urzędnicy niedopuszczający myśli o tym, że ich dni są już policzone. Rozmawiającego ze mną cenzora najbardziej bolała rusofobia Normana Daviesa: „Przecież on nie przepuszcza żadnej okazji, żeby dać wyraz swemu stosunkowi do Rosji. Nawet gdy mówi o Iwanie Groźnym, nie omieszka dodać, że postępował on »z właściwym swemu narodowi okrucieństwem «. I tak na każdym kroku: despotyzm, tyrania”.

Próbowałem odwołać się do wspólnych nam wartości: "Czy nie wydaje się panu, że w pluralistycznym modelu kultury - na którym wszak obu nam zależy - właściwą metodą postępowania jest dyskusja z odmiennymi poglądami za pomocą argumentów, nie zaś sięganie po nożyczki? Przecież partyjni historycy mogą polemizować z profesorem Daviesem, przeciwstawiać mu swój punkt widzenia". Oczywiście niewiele z tej retoryki wynikało. Dzięki włączeniu się Jacka Woźniakowskiego do rozmów toczących się na wyższych szczeblach udało się, za cenę nieznacznych ustępstw, uzyskać zgodę na wydanie... pierwszego tomu. Pod warunkiem że "nie będziemy usiłowali" wydać tomu drugiego, który im bliżej współczesności, tym bardziej był dla decydentów od polityki kulturalnej niejadalny. Chętnie napisaliśmy dość ogólnikowo sformułowane oświadczenie - natychmiast, ma się rozumieć, zlecając tłumaczce (prof. Elżbiecie Tabakowskiej) prace nad przekładem drugiego tomu.

Całość "Bożego igrzyska" ukazała się w roku 1991. Jest to - jeśli nie liczyć "Pamięci i tożsamości" Jana Pawła II - najlepiej sprzedająca się książka w historii Znaku, którą dodrukowujemy do dzisiaj w jednym opasłym tomie, w wersji uaktualnianej przez autora. Jeszcze ważniejszą aniżeli w Polsce rolę dzieło to odegrało w świecie, obalając wiele stereotypów, uproszczeń i uprzedzeń na temat Polski i Europy Środkowej obowiązujących w historiografii Zachodu. Najwspanialszy rodzaj promocji zapewnił tej książce generał Jaruzelski, jako że premiera jej angielskiego wydania miała miejsce 12 grudnia 1981 r. Nazajutrz "God's Playground" było na ustach całego świata! Do dzisiaj książka ukazała się we wszystkich najważniejszych językach i sprzedała w setkach tysięcy egzemplarzy.

Sukces tej książki (nakład dawno przekroczył 300 tys.) zapewnił niezwykłą popularność Daviesowi. To fenomen pozbawiony odpowiedników i - mimo wszystkich walorów jego pisarstwa - niedający się do końca racjonalnie wyjaśnić. Polacy po prostu pokochali cudzoziemca, który nie tylko opanował ich język i w porywający sposób pisał o ich historii, ale też wyznaczył jej należne miejsce w dziejach powszechnych. Najbardziej bodaj ujmowała odwaga, z jaką Davies - wszystko jedno, czy pisał o Polsce, Europie, Wyspach Brytyjskich, Powstaniu Warszawskim czy drugiej wojnie światowej - szedł pod prąd obowiązującym ujęciom, przeciwstawiał się opiniotwórczym środowiskom i naukowym koteriom, ujmował się za krajami tradycyjnie pozostającymi poza obszarem zainteresowań zachodnich historyków, wypominał imperiom i potęgom mroczne, wstydliwe i przemilczane karty ich przeszłości. Uczuć Polaków wobec zadziornego Walijczyka nie umniejszało to, że także nam potrafił mówić w oczy prawdy niepopularne, wytykać narodowe wady i małości.

Każda kolejna książka Daviesa stawała się best-sellerem. Tajemnica tego powodzenia tkwi oczywiście w talencie autora, który jest nie tylko dobrym historykiem, ale również pisarzem, który wie, że historię trzeba opowiadać w sposób intrygujący i niebanalny. Genialny okazał się pomysł umieszczenia w "Europie" ponad 100 "kapsułek", czyli autonomicznych minitraktatów: historii krawata, plucia, alchemii, kondomu - stąd rozpoczęcie "Powstania '44" jak sensacyjno-szpiegowskiego thrillera, wystrzeganie się jak ognia akademickiego nudziarstwa.

Norman opowiadał mi, że kiedy pisał swoją "Rozprawę historyka z historią", tj. "Europę", dzieło poświęcone historii Starego Kontynentu kończył w Oksfordzie inny angielski profesor. Norman zaproponował mu rozmowę o wspólnym, jakkolwiek by było, obszarze zainteresowań. Nadęty uczony arogancko odpowiedział: "A o czym ja miałbym z panem rozmawiać?" - po czym jego akademicka piła sprzedała się w 2 tys. egzemplarzy i zaczęła pokrywać się kurzem na bibliotecznych półkach, podczas gdy "Europa" trafiła na listy bestsellerów i w krótkim czasie osiągnęła nakład stukrotnie większy!

Z tego właśnie powodu wielu zawodowych historyków nie cierpi Daviesa. Nie mogąc znieść jego popularności ani mierzyć się z nim pod względem talentu pisarskiego, wyżywają się w złośliwych recenzjach, skwapliwie wykazując potknięcia faktograficzne, przekręcone daty bądź imiona panujących. Legion pedantów pracowicie uściślających fakty, sporządzających indeksy, przypisy i erraty jest pożyteczny, ale kreślony przez takich uczonych obraz przeszłości byłby martwą pustynią, byłby może bezbłędny, tyle że mało kogo by obchodził. Dlatego potrzebni są wizjonerzy tacy jak Davies. To oni swoimi śmiałymi syntezami są w stanie poruszyć naszą wyobraźnię, zainteresować nas przeszłością, uczynić z wiedzy historycznej żywy składnik współczesnej świadomości.

Do swoich polemistów Norman ma stosunek wyrozumiały. Mając poczucie własnej wartości, nie boi się krytyki, ba, czasem wręcz ją prowokuje, dobrze czując się w podwyższonej temperaturze sporów i krzyżowania ostrzy.

***

Wiele razy towarzyszyłem mu w czasie spotkań z czytelnikami. Z Białegostoku - po wywiadzie w radiu, podpisywaniu w księgarni książek i spotkaniu autorskim - zabrano nas furką na zwiedzanie Puszczy Knyszyńskiej, gdzie podjęto nas obiadem w przytulnej leśniczówce.

Niezapomniana była także pewna podróż z Krakowa do Bytomia. Korzystając z okazji, zabraliśmy ze sobą teściową Normana, panią Korzeniewicz, która pragnęła odwiedzić krewnych, przesiedlonych tam z rodzinnego Lwowa. Licząca wówczas około 90 lat, zaraz na wstępie zidentyfikowała towarzyszącego nam Jacka Fedorowicza i napadła na niego, uznając go za osobę odpowiedzialną za poziom programu telewizyjnego. Biedny Jacek, od którego domagała się zdecydowanej interwencji, na próżno usiłował ją przekonać, że nie ma na to najmniejszego wpływu. Odwróciła się zatem od niego ze wzgardą. Potem przez dłuższy czas rozpływała się nad swoim zięciem, wygłaszając peany na cześć wspaniałego Norcia - co nie przeszkodziło jej za chwilę wtrącić: "I proszę popatrzeć, moja córka wyszła za Angola. Mąż się w grobie przewraca". Zaczęła mówić - nieprzerwanie i z niewiarygodną szybkością - gdy tylko wsiadła do naszego mikrobusu, w Bytomiu zostawiliśmy ją u kuzynek, z którymi natychmiast wdała się w ożywioną konwersację. Gdy przyjechaliśmy po nią wieczorem, była tak samo zagadana i wyglądało na to, że nie przerwała ani na sekundę. Oczywiście nie dawała nam dojść do słowa przez całą drogę powrotną. Nic dziwnego, że Sowieci nie byli w stanie tego pokolenia unicestwić.

***

Norman Davies urodził się w Bolton i do dzisiaj kibicuje drużynie piłkarskiej z tego miasta, sytuującej się zazwyczaj w "dolnej strefie stanów średnich" angielskiej Premiership. Co roku z końcem sezonu oddycha z ulgą, gdy Bolton Wanderers udaje się uratować przed spadkiem.

Tradycje piłkarskie były żywe w jego rodzinie: stryj, zdolny piłkarz, później pisarz i komentator sportowy, zginął w roku 1958 w głośnej katastrofie lotniczej pod Monachium wraz z prawie całą drużyną Manchesteru United; dobrze się zapowiadającą piłkarską karierę Christiana, młodszego syna Normana, przekreśliła poważna kontuzja. Zanim to się stało, rozegraliśmy osiem lat temu w ogrodach Znaku międzynarodowy mecz Walia - Polska (promowaliśmy wtedy eseje Daviesa "Smok wawelski nad Tamizą"). Drużyna Walii składała się z ojca i syna Daviesów, w koszulkach z białym orłem wystąpiłem ja z moim synem Mateuszem. Ze względu na możliwości kondycyjne oldbojów mecz ograniczony został do gry w tzw. szewca (zwanej także "majstrem") - czyli serii rzutów karnych. Gospodarze wykazali się kurtuazją - Walia wygrała 4:3.

W roku 2004 (Norman nie miał jeszcze w swoim krakowskim mieszkaniu ogromnej plazmy, na której mecze ogląda się niczym z trybuny Wembley) rozgrywane były mistrzostwa Europy. Oglądaliśmy je u naszego grafika Witolda Siemaszkiewicza. Na mecze schodziła się banda o krótko brzmiących nazwiskach: Maj, Zoń, Illg, przy czym wszyscy przynosili napoje pochodzące z krajów występujących reprezentacji - gdy np. Grecja grała z Irlandią, na stole pojawiało się wino greckie i irlandzka whisky, Francja - Czechy to oczywiście bordeaux kontra pilzner. Wyborowa nam na szczęście nie groziła. Danusia, żona Witka, zastawiała stół półmiskami z pastami własnego wyrobu, kabanosami, kiełbasą i pasztetami, a na deser pojawiały się miseczki z bigosem. A pośród tej orgii my darliśmy się. Było wspaniale.

Dlatego gdy Norman zapytał mnie, czy mógłbym mu umożliwić obejrzenie finału Euro (Grecja kontra Portugalia), nie zastanawiając się wiele, zadzwoniłem do Witka Siemaszkiewicza, pytając, czy mogę przyprowadzić dodatkowego gościa. W przypływie dobrego humoru odparł, że oczywiście, ale pod warunkiem że to będzie niespodzianka i nie powiem mu wcześniej, kto zacz. Podałem zatem Normanowi adres, licząc na to, że dotrę jednak do Witka wcześniej i oszczędzę mu szoku. Kiedy przybyłem, okazało się, że w fotelu siedzi już rozparty Norman Davies, który dotarł tam taksówką przede mną i teraz spokojnie pogryzał kabanosy Danusi. Witkowi, kiedy otworzył drzwi i zobaczył na progu swego uwielbianego autora (Witek jest maniakalnym znawcą militariów, lotnictwa i generała Pattona), wyrwało się z ust paskudne słowo, wyrażające w tym wypadku zachwyt i wdzięczność losowi.

W takich sytuacjach wielki uczony okazuje się uroczym i zabawnym towarzyszem. Dysponuje kapitalnym poczuciem humoru, w którym angielska lotność i ironia doprawiona jest domieszką walijskiego absurdu. Warstewkę tę mogą odczytać w jego książkach obdarzeni podobnym zmysłem czytelnicy, którym dostarcza dodatkowej przyjemności. Ujawnia się to również w codziennych sytuacjach, a także w rozmowach z dziennikarzami.

Przykład: ciekawy film dokumentalny o Normanie Daviesie twórcy kończą pytaniem: "Czy chciałby pan profesor zakończyć ten film jakimś przesłaniem?". "Tak - odpowiada Davies. - Chciałbym wyrazić żal, że Armia Czerwona zepsuła reputację akordeonistom". Przez moment widz czuje się, jakby oglądał "Help!" Beatlesów, który kończył się planszą z napisem: "Film ten dedykujemy panu Jeremiaszowi Howe, który w roku 1843 wynalazł maszynę do szycia". Ale po chwili wszystko się wyjaśnia - Norman wydobywa ulubiony akordeon i w scenerii swego ogrodu demonstruje sposób, w jaki lubi się relaksować, wykonując niezbyt skomplikowany, ale przyjemnie brzmiący utwór.

Pamiętałem o tej scenie, gdy usiłowałem zwerbować Normana do naszego jubileuszowego kabaretu "Pisarze do piórka". Operacja wymagała delikatności, jako że kilka dni wcześniej zmarła jego wspominana już tutaj teściowa, obdarzona niesamowitym temperamentem lwowianka, pani Korzeniewicz. "Przecież nie mogę wygłupiać się na scenie, będąc w żałobie" - z argumentem tym rzeczywiście niezbyt zręcznie było dyskutować. Mimo to łagodnie próbowałem: "Aktorzy występować czasem muszą w komediach nazajutrz po śmierci najbliższej osoby". "Ale ja nie jestem aktorem" - irytował się słusznie Norman. Przyniosłem mu zatem wieczorem piękną, wykładaną macicą perłową "italiankę", perswadując: "Jedziesz jutro do Warszawy [Davies odbierał tam kolejne wysokie odznaczenie]. Weź to do pociągu, będziesz miał okazję pograć podczas jazdy w każdą stronę po trzy godziny - i jeszcze nazbierasz do kapelusza pieniędzy". "Italianka", przezornie pozostawiona na przynętę, zrobiła swoje. Nie wiem, czy Norman ćwiczył w pociągu, najważniejsze, że wystąpił jako akordeo-nista - w koszulce z orłem i napisem "Polska".

***

W tym roku obchodzimy wespół z Normanem Daviesem podwójny jubileusz: on swoje 70. urodziny, Znak - 50. W miejsce meczu Cracovia - Bolton, którego zorganizowanie przerosło możliwości miasta, na cześć Jubilata odbędzie się w Krakowie wyjazdowe posiedzenie Rady Ministrów - jego przyjaciół: Władysława Bartoszewskiego, Radka Sikorskiego, Jacka Rostowskiego i Bogdana Zdrojewskiego. Ad multom annos!

* Fragment przygotowywanej do druku książki "Mój znak. O noblistach, abaretach,

przyjaźniach, książkach, kobietach"

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':