Skąd pomysł, by w PRL-u pisać kryminały milicyjne?
- Byłam referentem prasowym w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej. Referent prasowy czytał gazety i gdy znalazł w nich coś, co było adresowane do milicji, np. że jakiś funkcjonariusz źle się zachował, to wycinał to i przesyłał do szefa odpowiedniego oddziału. Dzięki temu miało dojść do zbliżenia milicji i społeczeństwa. Ale guzik było, nie zbliżenie. Wszystko i tak pozostawało tajne.
Nie byłam rzecznikiem prasowym, oficjalne komunikaty wydawał szef oddziału, w stopniu podpułkownika. Ja byłam tylko podporucznikiem, szósta grupa zaszeregowania - referent.
Poza tym dostarczałam milicyjne akta zainteresowanym, czyli dziennikarzom zajmującym się sprawami kryminalnymi. Przychodziły różne chałturszczyki i żaliły mi się, jak to trudno jest pisać. "Tylko cóż może o tym wiedzieć referent prasowy?" - wzdychali. Niektórzy nawet przynosili swoje wypociny. To byli skądinąd inteligentni ludzie, ale pisać nie umieli. Pomyślałam sobie - dłużej tego nie wytrzymam, takie poematy to i ja umiem popełnić. Więc w 1962 r. siadłam i napisałam pierwszą powieść - "Tęczowy cocktail". Nie najlepszą.
Wcześniej musiałam jednak zdobyć na nią pozwolenie. Mój szef był fajny, powiedział: - A pisz, Sekuła, jak umiesz!
Gdy książka się ukazała, jakaż była potworna zawiść w komendzie: że baba na nas zarabia! Nikt już nie chciał mi dać akt bieżących spraw. Mogłam tylko brać te z archiwum. Im się wydawało, że w aktach leży gotowa książka. Zdenerwowałam się - nie chcecie dać, to ja sobie wymyślę lepsze historie! Zresztą już pierwszą książkę pisałam z głowy.
Pani milicyjna zwierzchność nie chciała przeczytać książki przed drukiem?
- Mój szef się na literaturze nie znał. Nie miałam żadnych wewnętrznych recenzentów. Poszłam do państwowego wydawnictwa Iskry. To był początek lat 60. Kryminały zaczęto wydawać po odwilży roku 1956, wcześniej to był relikt zgniłego kapitalizmu. Najpierw wydawano kryminały zagraniczne, potem zjawili się ludzie gotowi pisać polskie.
Gdy wyszła moja książka, w Iskrach pojawiło się dwóch panów po cywilnemu - jeden nieduży i chudy, drugi wysoki, jakby jego goryl. Chudy postraszył redaktorkę: - Kogo wy tu drukujecie! Potem redaktorka, nie patrząc mi w oczy, powiedziała: - Niech pani idzie do Czytelnika. To jest wydawnictwo spółdzielcze. Im będzie łatwiej się obronić.
Co właściwie zagnało panią do milicji?
- To historia długa i rzewna. Wojnę spędziłam na zabitej dechami białostockiej wsi nad Narwią. Ponieważ wokół Narwi jest sporo błot, każdy front się tam zatrzymywał. Najpierw Polacy uciekali przed Niemcami, potem przyszli Rosjanie i zapowiedzieli, że Niemcy tu wrócą. I rzeczywiście wrócili. Potem Niemcy gonili Rosjan i Rosjanie Niemców. Pułki stawały w bagnach: połowa się topiła, połowa się wyrzynała. Wieś paliła się za każdym razem. Uciekało się wtedy w jeżyny. Bo dookoła był las, a w nim dzikie jeżynowe chaszcze. Chowały się w nich dziewczyny. Jak ktoś nie znał ukrytego przejścia, nie był w stanie się tam dostać.
Urodziłam się w Warszawie, ale dziadek ze strony matki pochodził z zaścianka szlacheckiego. Było siedem wsi, w których wszyscy nazywali się Borowscy. Mój dziadek był Beszta-Borowski, ale byli też np. Kietczyk-Borowscy. Dziadek był weterynarzem cara Rosji, doglądał koni gwardii cesarskiej. To był ktoś. Znał niemiecki i rosyjski. Miał dom pod dachówką. Ojciec dziadka był zatwardziałym Polonusem, w zaborze rosyjskim siadywał po więzieniach, bo gardłował: "Jeszcze Polska nie zginęła". Zwalniano go jednak z powodu pozycji dziadka. A dziadkowi nie robiono nic. Rozróżniano, kto czemu jest winien. Komuna tego nie rozróżniała, wtedy ukarano by całą rodzinę. Teraz też się nie rozróżnia.
Dopóki dziadek żył, nie miałyśmy z siostrą pojęcia, co to wojenny głód. Matkę w ciągu trzech miesięcy zmiotła galopująca gruźlica. Mieszkałyśmy w domu dziadka, który leczył zwierzęta okolicznych chłopów.
Wojna rodzi niesłychane okrucieństwo, można zginąć w najgłupszy sposób. Do mnie strzelał pijany Rosjanin. Gdy gonili Niemców, wpadł do alkierza, gdzie akurat siedziałam. Był z pepeszą, ledwo się trzymał na nogach. Żąda ode mnie wódki. Ja zamarłam. I wtedy pepesza niechcący mu wystrzeliła. Kula przeleciała mi pod ramieniem i trafiła w ławę. Zaraz przybiegli inni żołnierze i tego pijanego zabrali.
Potem przyszedł wojskowy chirurg, Żyd z Kijowa, wspaniały człowiek. Mówi: - Jeśli pani chce, to ja to zgłoszę do służby wewnętrznej. Tylko oni go rozstrzelają, a chłopak ma 19 lat. - Człowieku, dajcie spokój - ja na to. - To był wypadek i nic mi się nie stało.
Kiedy front przekroczył Narew, wpada do nas Rusek na koniu. Patrzę, a to ten od pepeszy, mój niedoszły zabójca. Daje mi jakiś obrus. Pytam: - Gdzieś ty to ukradł? On, że to trofiejne. To ja go z tym prezentem odprawiłam.
A tego chirurga z Kijowa nigdy nie zapomnę. Ręce miał do ramion we krwi, gdy dzień i noc, na zwyczajnym stole, operował żołnierzy. Potem układano ich rzędami na podwórzu otoczonym dzikimi bzami. Leżący zajmowali chyba z hektar, między nimi były tylko dróżki do przejścia. Lazaret został dobrze oznakowany - na dachu wielki czerwony krzyż. Ale Niemcy mieli to za nic. Nadleciał niemiecki samolot i zrzucił bombę. Bomba nie wybuchła. Przy wejściu do domu leżał wielki kamień - ona się przy nim zaryła, tylko pióra jej sterczały. Byłyśmy z siostrą od bomby może z 10 metrów.
Żołnierze ewakuowali wszystkich rannych, przyjeżdżają saperzy, rozkręcają bombę. A tam w środku liścik od ludzi wywiezionych do Niemiec, do fabryki amunicji, że bomba jest bez zapalnika, że to sabotaż. I podpis: "Rodacy". Chirurg przyniósł mi tę kartkę, żebym ją przeczytała, bo nie znał polskiego.
Czegoś takiego nie wymyśliłabym w żadnej książce. Do dziś nie mam sentymentu do Niemców, nie potrafię ich żałować.
Źródło: Duży Format