Mam jednak wątpliwości, gdy słyszę, że minister nauki
Barbara Kudrycka proponuje parytet w radach naukowych publicznych instytucji. Owszem, jeśli ma on wynieść zrazu 10 proc. miejsc obowiązkowo dla kobiet - nie mam nic przeciwko temu. To element słusznej walki ze skostniałymi elitami naukowymi.
Ale gdyby proponowano sztywne, wysokie parytety gwarantujące kobietom posady w rządzie czy parlamencie, protestowałabym. Bo to kwalifikacje, a nie płeć, powinny być najważniejszym kryterium. Jeśli zadekretujemy, że w jakimś gremium kobiety mają stanowić określony odsetek - może to przynieść więcej szkód niż pożytku. Pozycja tych wybranek będzie wciąż kwestionowana, będzie im się wypominać, że sukces zawdzięczają parytetom, a nie pracy i zdolnościom.
Szczególnie w polityce może to być obciążenie, bo tu przeciwnicy nie przebierają w argumentach. To, co miało być wsparciem, może stać się kulą u nogi.
Trzeba wybrać inną drogę. Kobiety mają gorzej na starcie. Będą aktywne zawodowo i bardziej czynne w życiu publicznym, jeżeli będą mogły same decydować o swojej drodze życiowej. I gdy będą mogły rozwijać się zawodowo. Dziś ich wybór jest ograniczony. Jeśli mają dzieci, ich szanse na aktywność poza domem gwałtownie maleją. Brakuje przedszkoli, żłobków, świetlic.
Bez infrastruktury wspomagającej matki w wychowywaniu dzieci nie dorobimy się społeczeństwa, w którym kobiety zyskają silną pozycję. O partnerstwie w rodzinie, gdzie kobieta i mężczyzna dzielą się domowymi obowiązkami, możemy tylko pomarzyć. A przecież to właśnie zawodowa emancypacja naszej płci sprzyja partnerskim relacjom, a to z kolei wpływa na stosunek Polaków do kobiet publicznie aktywnych.
Jeśli państwo nie zadba o matki, jeśli nie doczekamy się rewolucji w mentalności - parytety zdadzą się psu na budę.