Katarzyna Wiśniewska: Pana projekt ustawy popierany przez część PiS i Episkopat zakazuje metody in vitro i jednocześnie zakłada adopcję zamrożonych już zarodków. Jak to miałoby wyglądać? Bolesław Piecha: Głównym decydentem jest kobieta, która ma zamrożone embriony. Zostałaby o tym poinformowana.
Musiałaby się od razu zdeklarować? - Nie. Czas na podjęcie decyzji o wszczepieniu sobie embrionu wynosiłby orientacyjnie dwa lata.
A jeśli odmówi? - Wówczas sprawę przejmuje sąd opiekuńczy. Analogicznie jak w przypadku dziecka uruchomiona zostanie procedura adopcyjna.
Jak dokonać takiej "adopcji"? - Przez transfer embrionu do macicy tej kobiety, którą wskaże sąd.
To pan jest jednak za in vitro? - Mówimy o embrionie, który już istnieje. Metoda in vitro to szereg etapów. Począwszy od pozyskania komórek i połączenia ich w szkle, "hodowanie" zygoty, aż do etapu wszczepienia. Tylko ten ostatni byłby przejściowo dozwolony. To rozwiązanie oparte na modelu francuskim.
Kościół mówi jasno: poczęcie tylko drogą naturalną. Np. abp Henryk Hoser miał w sobotę wątpliwości do tej części pana ustawy. - Nie przeszkadza mi to. A stanowiska jednoznacznego Kościoła tu nie ma.
Ale jest to poczęcie sprzeczne z tym, co Kościół zaleca. - Dlaczego pani tak pyta o Kościół?!
Przecież to dla pana ważne, żeby być w zgodzie z nauczaniem Kościoła. Pan to często podkreśla. - Kościół nie reguluje prawa w Polsce, ma określone stanowisko i opinie. Można brać je pod uwagę lub nie.
Pan ponoć bierze. - Biorę.
Tylko w tym aspekcie nie? - Proszę mi pokazać dokument, który by zabraniał adopcji.