http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Skąd taka pazerność banków?

Piotr Pacewicz rozmawia z Rafałem Lorkiem*
2009-06-22, ostatnia aktualizacja 2009-06-21 22:38

Sektor finansowy jest jak 15-piętrowy wieżowiec, gdzie 10 pięter przynosi ludziom i firmom korzyści, a piętra od 11. są zbędne, szkodliwe

Rafał Lorek, były doradca inwestycyjny
Fot. Adam Kozak
Rafał Lorek, były doradca inwestycyjny
SERWISY
Piotr Pacewicz: Był pan doradcą finansowym w wielu bankach

Rafał Lorek: Prywatnym bankierem tzw. "private banker"

Czyli?

Doradcą klientów z górnej półki

Górna półka zaczyna się od?

Pół miliona euro. Doradca ma się opiekować aktywami klienta. Powinien wsłuchiwać się w jego potrzeby, ograniczenia, szukać rozsądnych rozwiązań. Pomagać poruszać się w świecie finansów.

Miłe zajęcie. Dlaczego pan zrezygnował?

Odszedłem w październiku 2008 r. Uznałem, że cały ten system jest za drogi dla klienta i nie daje gwarancji, że klient osiągnie korzyść, a wręcz zmniejsza szansę na korzyści w długim terminie. Że jest presja na sprzedawanie produktów inwestycyjnych, a nie ma czasu na rzeczywiste doradztwo. Można się w czymś takim udusić. Uznałem, że można zarabiać na życie uczciwiej i z pożytkiem dla klienta.

W październiku kryzys już szalał. Uciekał pan z tonącego okrętu?

Decyzję podjąłem wcześniej.

Było panu głupio wobec klientów?

Głupio to nie, bo sam starałem się zachować zdrowy rozsądek w relacji z klientami. Zresztą w moim ostatnim banku to wyglądało dużo lepiej niż w typowym dla Polski private bankingu, gdzie doradca jest wynagradzany głównie od dochodowości na kliencie.

Bankowy żargon.

Idzie o marżę na sprzedaży produktów inwestycyjnych, jaką klient płaci. Im więcej zapłaci, tym większe zarobki doradcy.

Produkty czyli?

Bank oferuje np. fundusz inwestycyjny, który inwestuje w akcje na tzw. rynkach wschodzących. Klient płaci kilka procent za nabycie funduszu.

Jeżeli kupuję za 300 tys., to ile bank zarabia?

Powiedzmy 10 czy 12 tys. Ale w tym nie ma jeszcze niczego złego, bank ma zarabiać. Rzecz w tym, że od decyzji klienta uzależnione jest wynagrodzenie doradcy. A to wyznacza jego motywację. Jeżeli pan założyłby lokatę na owe 300 tys., to dochodowość byłaby żadna, bo trudno, by bank brał prowizję od zakładania u siebie lokaty. Ale system premiowy doradców jest tak ustawiony, by opłacało się namawiać klientów na inwestycje.

Doradca dzwoni: mamy tu taki nowy produkt, indeksowany wynikami giełdy chińskiej, a wie pan jak ta gospodarka rozkwita. Jestem podekscytowany, że inwestuję w coś ciekawego.

Ale czy taka inwestycja jest panu potrzebna? A może pana portfel już teraz składa się w znacznym stopniu z funduszy inwestycyjnych i powinien pan raczej wybrać bezpieczne lokaty czy obligacje? Ale to dla pana nudne, a dla nas mało dochodowe

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 53 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów