Prezesurę Farfała uważam za największe nieszczęście w trudnych losach tej instytucji. Ale ustawa, jaka trafia do Sejmu po senackich poprawkach, wydaje mi się jeszcze większym nieszczęściem. Większym, bo znacznie trwalszym.
W wersji sejmowej wynegocjowanej przez rząd z
SLD też nie była to ustawa moich marzeń. Bo zamiast uspołecznić i uniezależnić, wystawiała media publiczne na bardziej bezpośrednie naciski rządzących polityków. Ale wydawało mi się, że za przerwanie prezesury Farfała i podobnych mu ludzi w innych spółkach medialnych warto taką cenę zapłacić. Nie sądzę jednak, by warto było zapłacić aż tyle, ile zażądał Senat. Nie sądzę zwłaszcza, by w polskich warunkach miało jakiś sens utrzymywanie mediów państwowych, których
budżet będzie co roku przedmiotem politycznego przetargu. Bo to oznacza jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo, że te media będą sobie rzetelnie oceniały i krytykowały władzę.
Gdyby wersja senacka miała się utrzymać, media nazywane dziś publicznymi stałyby się mediami rządowymi. De facto byłyby częścią biura prasowego rządu tak jak peerelowski Komitet ds. Radia i Telewizji był de facto częścią biura prasy KC PZPR. Każdy dziennikarz polityczny, każdy wydawca programu politycznego, każdy dyrektor i prezes rozumiałby przecież, że każdy jego program, każda wypowiedź, każda redakcyjna lub programowa decyzja to faktycznie załącznik do wniosku budżetowego. Bo jeśli program spodoba się rządzącej koalicji, to
radio albo
telewizja dostaną więcej pieniędzy, a jak się nie spodoba, dostaną ich mniej. Kto tego nie zrozumie, ten będzie miał na głowie szefów i kolegów, którzy przez niego nie dostaną premii, podwyżek i możliwości realizowania bardziej ambitnych produkcji.
Takie myślenie wpłynie nie tylko na programy polityczne. Jak premier będzie miłośnikiem piłki - telewizja będzie transmitowała piłkę. Jak premierem zostanie miłośnik koszykówki lub żużla - TVP zrobi wszystko, by w najlepszym czasie transmitować koszykówkę bądź żużel. Jak będzie rządził PSL - będziemy w kółko oglądali "Chłopów". Jak LPR - "Wezwano mnie z dalekiego kraju". Jak SLD - "Pokolenie". Jak PiS - "Trzech kumpli", a jak PO to "Modę na sukces".
Jest to obraz trochę przesadzony (choćby dlatego, że dzieł programowych nie starczy na zapełnienie ramówki), ale takiej tendencji uniknąć się nie da. Zwłaszcza pod rządami stanowiących dziś większość polityków takich jak Donald Tusk, którzy nawet dzień po prezentacji zaawansowanego intelektualnie rządowego raportu o naszych perspektywach rozwoju w dużym stopniu zależnych od zwolnienia hamulców kulturowych potrafią jednym celnym zdaniem udowodnić, że całkiem nie rozumieją kluczowej kulturotwórczej misji publicznego
radia i telewizji. Bo przecież człowiek rozumiejący współczesne mechanizmy zmiany kulturowej nigdy by nie powiedział, że "rząd nie ulegnie lobbingowi na rzecz nadzwyczajnego wyposażenia w środki tego czy innego medium". A to dlatego, że między "tymi" i "innymi" (czyli publicznymi i komercyjnymi) mediami istnieje różnica zasadnicza. Z grubsza taka, jak między policją a firmami ochroniarskimi, albo między Radą Ministrów a Radą Nadzorczą. Istotą "takich" jest służba dobru publicznemu, a istotą "innych" jest zarabianie dla kogoś pieniędzy. To - nawet w ultraliberalnej narracji - są całkiem różne sprawy.
Stare porzekadło mówi, że "dłużej klasztora niźli przeora". Patologia złej prezesury jest z natury przejściowa. Może trwać jeszcze pół roku, rok albo dwa lata. Zła ustawa - jak uczy doświadczenie - może obowiązywać latami, trwale destruując nie tylko ważną instytucję, ale też wszystko w zasięgu jej oddziaływania. A w zasięgu oddziaływania tej akurat ustawy jest wszystko, co najważniejsze: nasza świadomość i spora część wiedzy, polska kultura wysoka i niska, jakość dziennikarstwa, sprawność demokracji, obyczaj polityczny, standardy życia publicznego. Dlatego bardziej się nam wszystkim opłaci, żeby Farfał sobie jeszcze trochę porządził. Lepiej później naprawić media publiczne, niż teraz całkiem je popsuć.