Dominika Pszczółkowska: Premier chce w nowej Komisji walczyć o tekę komisarza ds. przemysłu. Pan mówi o rynku wewnętrznym. Czy na tę drugą tekę, której chcą też Francuzi, naprawdę mamy szansę?
Janusz Lewandowski, polski kandydat na nowego komisarza UE: - Ustalając interesujące nas domeny, musimy brać pod uwagę rachunek szans, a także najistotniejsze z naszego punktu widzenia zadanie dla Unii: by wyszła z kryzysu ze wspólnym rynkiem, na którym jest możliwie mało barier. Dlatego interesują nas domeny rynku wewnętrznego, przemysłu, gospodarki, konkurencji. Zobaczymy jeszcze, jak dokładnie zostaną podzielone. Oczywiście, że są one w polu zainteresowania także innych mocarstw. Szansę uzyskania teki rynek wewnętrzny oceniam jako niewielką. Ale Polska powinna zgłaszać tego typu aspiracje.
Najlepszym sposobem zabiegania o nasze interesy w Unii jest pokazywanie, że walczymy o to, co korzystne dla nas, ale także dla całej wspólnoty. Dziś, w nadzwyczajnym okresie, gdy nasilają się narodowe egoizmy, w interesie Polski i całej Unii jest pogłębianie wspólnego rynku, szczególnie w dziedzinie usług.
Włosi, którzy chyba pogodzili się już, że nie będą mieć przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, w zamian chcą komisarza ds. przemysłu. Czy to utrudni nam negocjacje?
- My chcemy rozdzielić te dwie sprawy i uzyskać ważną tekę w Komisji. Nasi oponenci widzą to jako system naczyń połączonych. Taki jest urok negocjacji.
Czy jeśli faktycznie Włosi wycofają Maria Maura jako kandydata na szefa PE, my powinniśmy im ustąpić w Komisji?
- Wolałbym, żeby poszło to w innym kierunku. Ale to nie ja prowadzę te negocjacje.
Wierzy Pan, że José Manuel Barroso podczas swej drugiej kadencji zechce walczyć o liberalny kurs Komisji?
- Tak. Pokazała to już słynna dyrektywa Bolkensteina [o swobodzie świadczenia usług firm jednego kraju UE w dowolnym innym]. Choć w Parlamencie została osłabiona, promujący ją Barroso pokazał się jako polityk centroprawicowy, który ma zaufanie do wolnego rynku.
Wtedy, choć sytuacja gospodarcza była dobra, dyrektywa spotkała się z ogromnym sprzeciwem. Teraz wielkie kraje, np. Francja, tym bardziej będą temperować Barroso.
- Tym lepiej, że będziemy mieć przewodniczącego z mniejszego kraju, który może postrzegać sprawy podobnie jak my. Poza tym podczas drugiej kadencji, gdy nie będzie ubiegał się o reelekcję, będzie bardziej niezależny. Sprawa objęcia przez niego funkcji nie jest jednak do końca przesądzona. Musi jeszcze zyskać aprobatę Parlamentu Europejskiego, gdzie jego przeciwnicy np. wśród zielonych są głośni i widoczni.
W poniedziałek upływa termin, do którego posłowie wybrani do PE muszą zdecydować, czy przyjmują mandat. Przyjmie go pan, czy od razu będzie szykował się na komisarza?
- Pierwszym słowem, jakie musi paść jest słowo [obecnej komisarz] Danuty Hübner, że przyjmuje mandat, który zresztą zdobyła olbrzymią większością głosów. Potem będziemy drużynowo rozstrzygać, jak zorganizować okres przejściowy do końca kadencji obecnej Komisji, który może potrwać kilka miesięcy.
Źródło: Gazeta Wyborcza