Wacław Radziwinowicz: Dlaczego sam Władimir Putin, premier zwany powszechnie "przywódcą narodu", pojechał niedawno do zbuntowanego Pikałowa? Nikt poza nim nie był w stanie zgasić tego niewielkiego przecież pożaru społecznego? Jewgienij Gontmacher: Pikałowo, małe miasteczko w obwodzie leningradzkim, to przypadek specyficzny, dla dzisiejszej Rosji absolutnie nietypowy. Powodem tego, że stanęły tam fabryki, bezrobotni mieszkańcy wzięli szturmem merostwo, a potem zablokowali ważną trasę federalną, nie był kryzys. Problemy wzięły się stąd, że właściciel największego zakładu w mieście, oligarcha Oleg Deripaska, nie mógł dogadać się z dostawcą co do ceny surowca. Konflikt można więc było łatwo zakończyć. Dzień przed przyjazdem Putina do Pikałowa w Moskwie była narada u wicepremiera Igora Sieczina. Ustalono, że władze zmuszą dostawcę do ustępstw, więc Deripaska dostanie dla swojej fabryki surowiec po bardzo obniżonej cenie. I po sprawie.
Premier przyjechał na gotowe? - Tak. W jego obecności, przed kamerami telewizyjnymi, biznesmeni podpisali kontrakt na dostawę surowca. Pikałowo cudownie zmartwychwstało. Jasne jest, dlaczego premier wybrał to miasto. Ale nie sądzę, że pojechałby tak chętnie w inne miejsce, rzeczywiście nękane kryzysem.
Na przykład dokąd? - Do Złatoustu, gdzie stoją huty. Czy do Bajkalska, który rzeczywiście umiera. Tam praca jest tylko w kombinacie celulozowo-papierniczym, który też należy do Deripaski. Popytu na celulozę dziś nie ma. Fabryka powinna być zamknięta również ze względów ekologicznych, bo ściekami paskudnie zatruwa Bajkał, a na modernizację, szczególnie w czasie kryzysu, nikt pieniędzy nie wyłoży. Bajkalsk jak wiele innych miast rosyjskich, które znalazły się w podobnej sytuacji, jest skazany. I nie da się znaleźć dla jego problemów łatwego rozwiązania, które można by ładnie pokazać krajowi w telewizji.
A na co Putinowi był potrzebny spektakl w Pikałowie? - Nie podzielam powszechnej u nas opinii, że on chciałby ponownie zostać prezydentem. A nawet gdyby zamierzał znów stanąć do wyborów, to i bez takich tanich sztuczek jego notowania są dostatecznie wysokie. Myślę, że on po prostu lubi występować w roli ostatecznej instancji, dobrego paniska, który osobiście, żywym słowem wyciąga z biedy, spełnia marzenia. Czy to mieszkańców Pikałowa, czy dziewczynki z dalekiej Buriacji, którą na początku roku zaprosił na choinkę na Kremlu i obdarzył suknią Kopciuszka.
Czy to jednak, jak mówicie w Rosji, "sprawy dla cara"? - Oczywiście, że nie. Pikałowo to klęska całej polityki Putina. On przez wszystkie lata swojej prezydentury budował to, co u nas nazywa się "pionem władzy". Podporządkował jednemu centrum rząd, parlament, partie polityczne, gubernatorów, samorządy, media. Bo wydawało się, że w ten sposób uda się zbudować jednolity, sprawnie działający aparat państwowy. Taki, który choćby na Kamczatce, choćby w Kaliningradzie skrupulatnie wypełni wolę Moskwy, szybko i prawdziwie poinformuje centrum o sytuacji w regionach. Konflikt w Pikałowie trwał kilka dobrych miesięcy. Przez ten czas ludzie nie dostawali tam wypłat, nie działała miejska kotłownia, raz za razem dochodziło do publicznych protestów. I gdzie wtedy byli ministrowie, co robił gubernator obwodu leningradzkiego?
Gubernator Walerij Sierdiukow do ostatniej chwili namawiał Putina, by zamiast do Pikałowa pojechał do innego miasta, gdzie właśnie ruszyła nowa fabryka, gdzie wszystko jest dobrze... - No właśnie, oto cały nasz "pion władzy" złożony z ludzi, którzy tylko myślą, jak mydlić oczy zwierzchnikom, jak budować dla przełożonych "potiomkinowskie wioski". A gdzie była w czasie konfliktu w Pikałowie partia Jedna
Rosja, nasza siła przewodnia? Gdzie związki zawodowe? Gdzie służby specjalne, których obowiązkiem jest informować o rosnącym napięciu społecznym? Gdzie media? Nasze główne kanały telewizyjne o tym miasteczku pierwszy raz powiedziały dopiero wtedy, kiedy pojechał tam Putin. Żadna z tych instytucji u nas nie działa. No, może parlament, który bez dyskusji sztampuje jedną po drugiej ustawy pod dyktando samej góry. A w regionach miejscowe elity robią tylko to, co jest w ich interesie, a Moskwie robią wodę z mózgu.
A gdzie rządy silnej ręki, za których wprowadzenie Putin jest często krytykowany? - Jakiej tam silnej ręki. Mamy w Rosji prawdziwą swawolę elit. Efekt budowania "pionu władzy" jest taki, że w regionach mocno zrosły ze sobą trzy siły: miejscowa biurokracja, miejscowy biznes i grupy kryminalne.
Rządzi sitwa? - Niczym nieograniczona. Bo przy okazji ustawiania kraju do pionu zlikwidowano wszystkie mechanizmy kontroli społecznej. Bywa tak, że w regionie ten sam człowiek jest ważnym urzędnikiem, prowadzi duży biznes i odgrywa ważną rolę w środowisku przestępczym. On nie będzie rozwiązywał problemów, łagodził napięć społecznych. Przeciwnie - będzie je tworzył.
W tej sytuacji bunty podobne do tego w Pikałowie będą ogarniać kolejne miasta. I tylko osobista interwencja przywódców państwa będzie mogła je gasić. Tym bardziej że Rosja na przykładzie tego miasteczka już nauczyła się, że na kłopoty tylko Putin. Miał być sprawny "pion władzy", a niezbędne jest ręczne sterowanie.
Jeszcze jesienią napisał pan proroczy, jak się okazuje, tekst "Nowoczerkask, scenariusz 2009", zapowiadając, że w Rosji w czasie kryzysu dojdzie do buntów takich jak ten w Pikałowie. Czy ten scenariusz będzie w pełni zrealizowany? - To w zasadzie już się stało. Jesienią zapowiadałem, że w "monomieście" - tak w Rosji nazywamy miejscowości uzależnione od jednej fabryki lub kilku zakładów tej samej branży - na literę N zbuntują się zwolnieni z pracy robotnicy unieruchomionej fabryki. Władza uspokoi ich, przysyłając wagon pieniędzy na zaległe wypłaty i podjęcie nikomu niepotrzebnej produkcji. Tak właśnie się stało w Pikałowie. Pisałem, że kolejny bunt będzie w "monomieście M". I mamy taką sytuację w Bajkalsku, w Złatouście, Swietłogoriu... Takich punktów zapalnych jest dziś w kraju co najmniej kilkadziesiąt.