W czerwcu 2004 r. jego wybór na przewodniczącego Komisji Europejskiej ogłoszono dosłownie po pięciu minutach obrad szczytu. Siedziałem wtedy na sali w Brukseli i dobrze pamiętam, jak pytaliśmy się nawzajem: "Kim, do cholery, jest ten Barroso?".
Tym razem 53-letni José Manuel Durao Barroso był jedynym kandydatem na swego własnego następcę. Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego, ale na takich szczytach jak zakończony wczoraj w Brukseli kandydatów na szefa Komisji było zwykle kilku. Francuzi,
Niemcy i Beneluks ścierali się zwykle z Brytyjczykami, Skandynawami i nowymi krajami UE.
Z tej kotłowaniny wyłaniał się w końcu ktoś, kto był wystarczająco bezbarwny i neutralny, by pogodzić interesy wszystkich - tych, co chcą integrować Unię, i tych, co wolą ją poszerzać. Liberałów i protekcjonistów, rusofilów i zwolenników współpracy transatlantyckiej.
Tym razem poszło nie o to, kogo wybrać, ale jak przeczołgać Barrosa, odciągając w czasie jego nominację, by był jeszcze bardziej posłuszny i zgodził się na umeblowanie Komisji przez duże kraje.
Nicolas Sarkozy iAngela Merkel nie chcą już kryć, kto rządzi w Europie. Krytykują Barrosa ile wlezie, po czym popierają go na kolejne pięć lat, bo jest dla nich wygodny. Hipokryzja? Nie, realizm.
Brak konkurencji dla Barrosa nie wynika bynajmniej stąd, że w Europie brakuje wizjonerów, sprawnych polityków czy błyskotliwych technokratów. Portugalczyk zostanie szefem Komisji do 2014 r., ponieważ: chcą tak wielkie kraje Niemcy i
Francja,
Włochy; popierają go najwięksi na lewicy Brytyjczyk Gordon Brown i Hiszpan José Louis Zapatero, a pozostali z lewej strony nie znaleźli poważnego kontrkandydata; nie był w końcu aż tak złym przewodniczącym.
Bo to przywódca na miarę swych czasów: Unii wielkiej, ale podzielonej, targanej kryzysem i zdominowanej przez duże państwa. Elastyczny, pragmatyczny, znajdował kompromisy, na bazie których działa Unia.
Nie opuszcza małych krajów, ale i nie naraża się wielkim. Potrafił rozmawiać z Chirakiem, potrafi i z Sarkozym, zyskał zaufanie i braci Kaczyńskich, i Tuska. Tuż przed wojną w Iraku zjednał sobie prezydenta Busha. Słowem, był jak europejski brat łata.
Polityką zaczął się zajmować bardzo wcześnie. 18-letni Barroso należał do maoistowskiego Rewolucyjnego Ruchu Portugalskiego Proletariatu i w jego szeregach uczestniczył w rewolucji goździków, która w 1974r. obaliła dyktaturę. - Jestem dumny z tego epizodu. To był czas idealizmu, mobilizacji i energii. Musicie zrozumieć, że przeżywanie rewolucji w wieku 18 lat to coś niezwykłego, nie do zrozumienia dla polityków, którzy urodzili się i umrą w demokracji - mówił w jednym z wywiadów. W 1980r. wyrzekł się radykalizmu i został działaczem socjaldemokratów. W latach 1992-95 stał na czele portugalskiej dyplomacji. W 2002 r. był już premierem, rok później poparł wojnę w Iraku.
W ostatnich tygodniach Barrosa ostro krytykowali wszyscy - od lewicy, poprzez Zielonych, do liberałów, od zwolenników Unii silnych państw po zaciekłych federalistów. Jeden z przywódców europejskich socjalistów, Duńczyk Poul Nyrup Rasmussen, zarzucał mu, że w czasie kryzysu ważniejszy od ludzi jest dla niego rynek.
Zbytni liberalizm wytykał mu prawicowy prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Liberałowie krzyczeli, że za bardzo daje się sterować Sarkozy'emu. Publicyści zaś nie mogli mu wybaczyć, że ostatnie miesiące podporządkował prawie wyłącznie staraniom o reelekcję.
-
Unia Europejska to danie, które smakuje dziś wszystkim - zwykł mawiać szef Komisji. I politykę robił tak, by smakowała wszystkim.
Polsce szedł na rękę, gdy ta wojowała z Rosją o zniesienie embarga na mięso. Nie wchodził w drogę państwom starej Unii, gdy reagując na kryzys finansowy, sypały miliardami dla zagrożonych sektorów gospodarki.
- Barroso jest reformatorem, był spiritus movens wdrożenia agendy lizbońskiej - chwali Portugalczyka znawca spraw unijnych Paweł Świeboda. Przypomina jednak, że ta strategia, mająca stworzyć z UE najbardziej konkurencyjną gospodarkę świata, załamała się z powodu kryzysu.
Słabe strony Portugalczyka to -zdaniem Świebody -brak odwagi politycznej, uległość wobec Francji i Niemiec, opóźniona i słaba reakcja na kryzys. Polski ekspert chwali go natomiast za to, że z walki ze zmianami klimatycznymi uczynił priorytet Unii, że jest mistrzem dialogu i dba o interesy nowych państw.
Eksperci liczą na to, że w czasie drugiej kadencji Barroso znajdzie tyle siły, by mimo wielkich wpływów dużych stolic wzmocnić autorytet Komisji. Unia potrzebuje bowiem silnego przywództwa w czasie kryzysu. Kogoś, kto jak dobry arbiter umiałby utrzymać równowagę między interesami państw i całej Wspólnoty. Barroso to rozumie.
Co może Komisja Europejska i jej szef Komisja ma inicjatywę ustawodawczą, czuwa nad stosowaniem unijnych traktatów, negocjuje w imieniu UE umowy handlowe i przyjęcie do Unii, trzyma w ręku prawo konkurencji, proponuje
budżet itd. Jej szef nieformalnie może brać na siebie rolę arbitra w sporach między państwami a Unią i decyduje o organizacji Komisji (tworzy stanowiska komisarzy i dzieli je pomiędzy konkretne osoby). Może zdymisjonować komisarza, jeśli ma na to zgodę pozostałych członków kolegium komisarzy, oraz bierze udział w unijnych szczytach jako równy przywódcom krajów UE. Jeśli w życie wejdzie traktat lizboński, wysoki przedstawiciel UE ds. zagranicznych będzie jednocześnie wice przewodniczącym Komisji, a Unia będzie miał swojego "prezydenta" - przewodniczącego Rady Europejskiej, z którym Barroso będzie musiał się liczyć i konkurować.
JAP