Potrzebują jeszcze tylko poparcia opozycji w Parlamencie Europejskim. Barrosowi będzie o nie trudno, ale w końcu je chyba dostanie. Sprawa może rozstrzygnąć się przed pierwszym posiedzeniem nowego europarlamentu 14 lipca.
To, że obaj są już bardzo blisko celu, stało się jasne podczas zakończonego wczoraj szczytu Unii w Brukseli. Szef Komisji Europejskiej Barroso otrzymał poparcie przywódców na drugą kadencję.
- Jestem dumny z jednomyślnego poparcia szefów państw i rządów dla mojej kandydatury. Więcej niż dumny, wzruszony. Był to dla mnie bardzo ważny moment, który odbieram jako uznanie dla pracy KE w bardzo trudnych okolicznościach - mówił wczoraj o pierwszej w nocy, po wyjątkowo długiej kolacji i tajnych obradach przywódców bez jego udziału. Chwalił się, że poparli go duzi i mali, starzy i nowi, a w niektórych krajach, jak
Węgry czy Polska - cała klasa polityczna.
Ale poparcie wcale nie jest tak jednoznaczne, jak mogłoby się wydawać, gdy się słuchało słów Portugalczyka. Jego triumfalne przemówienie wywołało nawet pewną wesołość dziennikarzy, ponieważ otrzymał jedynie polityczną, a nie formalną nominację przywódców. Na to drugie będzie musiał poczekać co najmniej kilka tygodni. W konkluzjach ze szczytu jest sformułowanie, że przywódcy dopiero zamierzają nominować Barrosa.
A to oznacza, że dopiero na jesieni Portugalczyk będzie mógł rozpocząć konsultacje ze stolicami w sprawie ich kandydatów na komisarzy. Kandydatów wybierają kraje, ale przewodniczący może określić np., jaki ma być odsetek kobiet w Komisji. I to od niego zależy, kto jaką tekę otrzyma, choć państwa będą wywierać presję.
Oficjalnie zwłoka wynika z powodów prawnych - jeśli w ponownym referendum nad traktatem lizbońskim Irlandczycy powiedzą "tak", to zmienią się podstawy prawne działania Komisji. Ale w Brukseli uważa się, że Paryż, a po części i Berlin chciały pokazać Barrosowi, że nie są aż tak zachwycone jego kandydaturą, i potrzymać go jeszcze trochę w szachu, by wpłynąć na nominacje personalne i program nowej Komisji.
Najważniejszym powodem ostrożności przywódców jest jednak stanowisko Parlamentu Europejskiego - nominowanie Barrosa dziś mogłoby się skończyć frontalnym starciem z socjaldemokratami.
Frakcja chadeków, z którymi związany jest Barroso, jest największą grupą w Parlamencie Europejskim, ale większości nie ma. Za poparcie Portugalczyka socjaldemokraci oczekują ustępstw, które sprawią, że nowa Komisja będzie nastawiona mniej wolnorynkowo. Barroso będzie musiał z nimi negocjować i zależnie od wyniku tych rozmów europarlament przegłosuje jego kandydaturę albo w lipcu, albo później. Wcześniej nominują go formalnie przywódcy.
Nowa Komisja zacznie działać między listopadem 2009 a styczniem 2010 r. - zależnie od tego, kiedy wejdzie w życie traktat lizboński.
W kuluarach wiele mówiono także o nominacji Jerzego Buzka na szefa europarlamentu. Już w czwartek na brukselskim spotkaniu chadeków kandydaturę Polaka poparła kanclerz
Angela Merkel. W piątek dołączył do niej Nicolas Sarkozy. - To świetny kandydat, nie tylko ze względu na osobiste przymioty. Wybierając go, dalibyśmy bardzo dobry sygnał naszym przyjaciołom z Europy Środkowej - mówił prezydent Francji.
Dotąd poparcie Francuzów nie było pewne, ale po takiej wypowiedzi prezydenta trudno sobie wyobrazić, by chadeccy eurodeputowani z Francji nie poparli Buzka. A to oznacza, że Polak może liczyć na głosy trzech z czterech największych delegacji we frakcji chadeków (Niemców, Francuzów i Polaków), a także wielu mniejszych.
Premier Donald Tusk mówił dziennikarzom, że przekonał Rumunów i liczy na Hiszpanów. Jeśli tak, to Buzek zdobędzie prawie jednogłośne poparcie frakcji. Jego konkurent, Włoch Mario Mauro, może się wycofać jeszcze przed głosowaniem chadeków zaplanowanym wstępnie na 7 lipca.
Włoski premier
Silvio Berlusconi na konferencji kończącej szczyt właściwie przyznał się do porażki. Mówił, że
Włochy za późno zaangażowały się w tę sprawę, a nastroje sprzyjały kandydatowi z nowego państwa UE.
Teraz chadecy muszą jeszcze przekonać socjaldemokratów lub liberałów, że to ich kandydat powinien być przewodniczącym podczas pierwszej połowy kadencji.
- Mamy odrobione 66 proc. lekcji - oceniał Tusk. Porozumienie z socjaldemokratami wydaje się coraz bliższe. Buzek tak czy inaczej może liczyć na poparcie posłów z mniejszych frakcji, np.
PiS czy brytyjskich konserwatystów.
Zdaniem eurodeputowanego Jacka Saryusza-Wolskiego ważniejsze od posady szefa europarlamentu będzie stanowisko nowego szefa unijnej dyplomacji. Tusk przyznawał, że gdyby była na nie szansa, mielibyśmy bardzo interesującą alternatywę. Ale sugerował, że ta szansa jest nikła, a mając szefa europarlamentu, można zyskać bardzo wiele.