http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Michnik o książce "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu"

Adam Michnik
2009-06-22, ostatnia aktualizacja 2009-06-19 17:06

Giedroyc Magdaleny Grochowskiej jest wrażliwy i drażliwy, pełen zalet nadzwyczajnych i przywar zawstydzających. Mieszanina romantycznych marzeń z zimnym pragmatyzmem politycznym

Jerzy Giedroyc w pierwszej francuskiej siedzibie
Jerzy Giedroyc w pierwszej francuskiej siedzibie "Kultury" przy avenue...
ZOBACZ TAKŻE
Nie potrafię napisać recenzji z książki Magdaleny Grochowskiej "Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu" . Zbyt dobrze, blisko i na sposób szczególny znałem wielu z jej bohaterów, zbyt często pojawia się na jej stronach moje nazwisko. Kreślę przeto kilka bezładnych refleksji, które nasunęły mi się w trakcie lektury, poczułem się bowiem tą lekturą sprowokowany.

Książka Magdy traktuje o Wielkim Redaktorze i o kręgu "Kultury" paryskiej. Wszelako stanowi to dla niej okazję do opowieści o losach i dylematach inteligencji polskiej w II połowie XX w. To książka niezwykła o ludziach niezwykłych.

Portret Jerzego Giedroycia nakreślony został kreską cienką, delikatną, zniuansowaną. Podobnie portrety innych bohaterów: Józefa Czapskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Konstantego Jeleńskiego, Juliusza Mieroszewskiego, Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Zofii i Zygmunta Hertzów, Jerzego Stempowskiego, Andrzeja Bobkowskiego, Bohdana Osadczuka.

Wspaniale też nakreślone zostały sylwetki ludzi z tła: Leopolda Ungera, Leszka Kołakowskiego, Krzysztofa Pomiana, Barbary Toruńczyk, Adolfa Bocheńskiego, Marii Dąbrowskiej, Jarosława Iwaszkiewicza, Jana Lechonia, Mieczysława Grydzewskiego, Aleksandra i Eugeniusza Smolarów, Andrzeja Walickiego, Jerzego Timoszewicza, Aleksandra Wata.

Nie ma tu charakterów czarno-białych - to są osobowości żywe, pełnokrwiste ludzi wybitnych, podziwianych przez jednych, a znienawidzonych przez innych; ludzi przez lata wykluczanych, nieobecnych w obiegu kulturalnym PRL-u, choć obecnych w kulturze polskiej, która przełamywała kordon cenzury, policji i służb celnych.

Ci ludzie konstytuowali i stanowili polskość szczególnego rodzaju. Magda przytacza słowa Marii Dąbrowskiej, zapisane w jej dzienniku intymnym, o zamordowaniu Gabriela Narutowicza: „...jakbym nagle w sercu mojego narodu zobaczyła ziejącą mrokiem pieczarę śmiercionośnego bazyliszka... Skrytobójca poniósł karę śmierci... Ale w istocie rzeczy i ta zbrodnia pozostała bezkarną, gdyż ukarano tylko »ślepy miecz «, a nie »rękę «, która nim kierowała... Grób skrytobójcy nie porósł chwastem zapomnienia, na grób ten pielgrzymowały tłumy... nie dzień i nie dwa, lecz całe lata... Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia... Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga... że ta zbrodnia u progu niepodległości... będzie się okrutnie mścić w przyszłości”.

Opowieść Magdy traktuje o tym konflikcie polsko-polskim. Polska Giedroycia i "Kultury" to Polska Narutowicza i jego obrońców.

I

Jerzy Giedroyc nie znosił tej tradycji Narodowej Demokracji, której znakiem firmowym był antysemityzm i etniczno-religijna koncepcja narodu i państwa. Tę mentalność endecką uważał za truciznę.

W 1968 r. "Kultura" opublikowała dramatyczny artykuł Józefa Czapskiego "Biej Żidow, spasaj Rassiju".

"Taki był w carskiej Rosji - pisał Czapski - slogan Czarnej Sotni, ciemnej reakcji, inspirowanej przez Ochranę - ówczesną rosyjską Bezpiekę - slogan, który doprowadził do niezliczonych pogromów i morderstw... Dziś, kiedy partia komunistyczna, próbując się w Polsce ratować, wymyśla niebezpieczeństwo polskich syjonistów, kiedy szczuje na Żydów polskich czy na Polaków żydowskiego pochodzenia, na wszystkich, którzy noszą nazwisko żydowskie, którzy mają matkę czy żonę o nazwisku żydowskim, usuwając ich ze stanowisk na zasadach rasistowskich (takie były pierwsze kroki hitleryzmu w Niemczech) - każdy Polak: antykomunista czy komunista, katolik czy bezwyznaniowiec, odczuwać to musi jako własną hańbę".

Po czym zajął się stosunkiem prymasa Wyszyńskiego do wydarzeń marcowych. "W odezwie Prymasa - pisał - piętnującego bicie młodzieży, bezprawie zarządzeń, kłamstwo prasy, nie ma jednego słowa o jawnie antysemickim charakterze tej ostatniej akcji rządowej. Czyżby nawet Kardynał Wyszyński, którego głos znaczy więcej niż jakikolwiek inny głos w Polsce, czuł się zmuszony zrobić ustępstwo na rzecz tego odłamu społeczności katolickiej, który jest tradycyjnie wrogi Żydom?".

Intuicja Czapskiego była trafna. Charakteryzując klimat panujący w Episkopacie, biografistka kard. Wyszyńskiego Ewa Czaczkowska przytacza jego słowa: "Społeczeństwo polskie na ogół jest przeciwko Żydom i to trzeba mieć przed oczyma". Z kolei abp poznański Antoni Baraniak miał stwierdzić, że "obrona Żydów nie może być wyeksponowana w komunikacie, bo Żydom krzywda się nie dzieje".

Wedle raportu bezpieczniackiego bp Jerzy Stroba, wówczas sufragan gorzowski, miał powiedzieć, że "międzynarodowe żydostwo to jest wrzód w ciele całej ludzkości; on nie wie, co ludzkość może zrobić przeciwko temu wrzodowi", a bp Ignacy Jeż, inny sufragan gorzowski, komentował: "Żydzi ciągle umieją mówić, że ich prześladują".

Oczywiście były także inne głosy, ale ostatecznie - z powodów zapewne różnorodnych - w związku z antysemicką kampanią 1968 r. nie pojawiła się żadna wyrazista deklaracja sprzeciwu ze strony Episkopatu.

W tym stanie rzeczy głos "Kultury" był bezcennym świadectwem suwerennej polskiej wolności. Pomyślałem wtedy, że Jerzy Giedroyc to polski Aleksander Hercen, a "Kultura" - polski "Kołokoł". Jeśli w imię obrony tożsamości polskiej kard. Wyszyński zawsze chciał być z narodem, to w imię reformowania "zakonu polskości" Jerzy Giedroyc często płynął pod prąd narodowych resentymentów.

II

"Kultura", krąg jej autorów i współpracowników, przypominała orkiestrę niezwykłego rodzaju - Jerzy Giedroyc był Wielkim Dyrygentem. Zamknięty w sobie, nieznoszący tłumu - utworzył w Maisons-Laffitte oddzielnie księstwo, które było zarazem zakonem o bardzo surowej regule.

Był tam władcą absolutnym, opiekuńczym i karzącym. Ten zwolennik państwa demokratycznego nie uznawał żadnej demokracji we własnym księstwie. Był więc dyktatorem, choć była to dyktatura oświecona i tolerancyjna. Tolerował bowiem różnorodność, choć wszystkim chciał pisać partytury i wszystkich inspirować. Nie zawsze to mu się udawało.

Najlepiej szło mu z Juliuszem Mieroszewskim. To był publicysta naczelny "Kultury"; to on formułował idee Redaktora. Był bezwzględnie lojalny i myślał na tych samych falach co Redaktor. Ale z innymi było gorzej. Jeleński, Wat, Gombrowicz i Miłosz, także Bobkowski i Kołakowski nie nadawali się na oddział szturmowy, zdyscyplinowany i waleczny. Miewał z nimi kłopoty - i to niemałe. Giedroyc szukał osobowości wybitnych - i potem miał z tą ich wybitnością problemy. Byli niesforni, samodzielni i anarchiczni.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':