Książka nominowana jest do
nagrody im. Kazimierza Moczarskiego Utajone miasto, opisane przez Gunnara S. Paulssona, kanadyjskiego historyka Zagłady, to 28 tys. Żydów, którzy ukrywali się po tzw. aryjskiej stronie Warszawy - jej przedwojenni mieszkańcy, którzy nigdy nie przenieśli się do getta lub z niego uciekli, albo tacy, którzy zdecydowali się na przyjazd do Warszawy i pozostawali poza murami getta. Uciekinierów byłoby zapewne znacznie więcej, ale "do lata 1942 roku, dopóki nie zaczęła się likwidacja getta, przejście na aryjską stronę nie było racjonalnym rozwiązaniem dla większości mieszkańców getta, w trakcie likwidacji zaś ucieczka stała się fizycznie bardzo trudna".
W książce Paulssona idzie zarówno o ukrywających się w sensie dosłownym, jak i o tych, którzy nie spędzali długich miesięcy w kryjówce, ale też potrzebowali stałej pomocy - dokumentów,
mieszkania, kamuflażu.
Jednak "utajone miasto" to nie tylko ukrywający się Żydzi. To także, według wyliczeń Paulssona, 70-90 tys. Polaków, którzy im pomagali - i 3-4 tys. szmalcowników oraz szantażystów.
We wspomnieniu jednego żydowskiego i jednego polskiego świadka Paulsson natrafia w sumie na przeszło setkę Żydów, 60 Polaków i kilkoro Niemców. "Każdy z tych Żydów miał (...) dodatkowe kontakty z Polakami i następnymi Żydami, poza tym Polacy mieli również własne kontakty". Można więc mówić o całej siatce ludzi zaangażowanych w pomoc ukrywającym się - spontanicznej, opartej głównie na kontaktach prywatnych. Rozmaite było zaangażowanie i motywacje pomagających, ale jednak taka sieć istniała - konkluduje Paulsson i nazywa Warszawę "żydowskim miastem podziemnym". "Nie znamy jak dotąd miasta, w którym ukrywała się większa liczba Żydów niż w Warszawie" - pisze.
Liczby i statystyki podawane przez Paulssona nie aspirują do prawd niepodważalnych. Bo jak wobec braku źródeł szacować liczbę pomordowanych czy ukrywających się, którzy nie przeżyli? Oni nie mogli dać świadectwa. Wszelkie szacunki oparte są na niewielkiej próbie tych, którzy przeżyli. Paulsson przypomina zdanie Jana T. Grossa dotyczące metodologii badań na Zagładą: "Im większa katastrofa, tym mniej ocalałych (świadków)".
Sporo miejsca Paulsson poświęca sposobom ucieczek z getta, omawia strategie szmuglerskie, opisuje sytuację przy bramach getta, wspomina o systemie legalnych przepustek, o wyrwach w murze, o słynnym przejściu przez sądy na Lesznie, o podkopach.
Pisze też dużo o życiu codziennym ukrywających się, o sposobach zdobywania dokumentów i obrony przed denuncjatorami, o organizowaniu mieszkań, pieniędzy, pracy. Każde wspomnienie, a Paulsson powołuje się na dziesiątki relacji, to często kilkanaście mieszkań - z trudem załatwionych, podejrzanych, spalonych, szukanych na nowo i nierzadko, wobec podejrzeń otoczenia, szybko opuszczanych. Wielkim zagrożeniem była oczywiście granatowa policja i przypadkowi szmalcownicy oraz grupa bodaj najniebezpieczniejsza - denuncjatorzy specjalnie wyszukujący ukrywających się.
Wielkim ciosem dla Żydów warszawskich była tzw. sprawa Hotelu Polskiego przy Długiej 29. Latem 1943 r. liczba ludzi zwabionych tu nadzieją legalnego opuszczenia Europy sięgała od 2,5 do 3,5 tys. Czy od początku była to niemiecka pułapka, czy też realna szansa na ratunek, ale zakończona tragicznym fiaskiem?
Z pomocy organizacji polskich i żydowskich - Żegoty, Bundu i Żydowskiego Komitetu Narodowego - korzystała niespełna połowa ukrywających się po aryjskiej stronie miasta. 1 sierpnia 1944 r., w dniu wybuchu Powstania, w mieście było ich około 17 tys. Paulsson w finale książki stawia dwa sprzeczne ze sobą pytania - i oba zasadne: Dlaczego tak wielu? Dlaczego tak niewielu?