http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Erika Steinbach już się nie podniesie

Bartosz T. Wieliński
2009-06-21, ostatnia aktualizacja 2009-06-19 15:51

W Polsce Erika Steinbach wciąż wydaje się postacią groźną. W Niemczech już nie. Tam politycy liczą się z nią coraz mniej.

Erika Steinbach
Fot. Kuba Atys / AG
Erika Steinbach
Coraz bardziej zamyka się w świecie swoich wyobrażeń - co pokazuje wywiad z nią.

Ostatnio Steinbach pojawia się w Berlinie na "polskich" imprezach. Podczas odsłonięcia pomnika "Solidarności" pod Reichstagiem z daleka rzucał się w oczy jej różowy kostium. Wcześniej była na otwarciu wystawy o stosunkach polsko-niemieckich w Niemieckim Muzeum Historii. Na spotkaniu niemieckich posłów z polskimi dziennikarzami przekonywała nawet, że spór o wypędzonych w ogóle nie dotyczy Polski. - To rozliczenie wewnątrzniemieckie. My musimy rozliczyć się z tego, że po wojnie wypędzonych traktowano w Niemczech jak trędowatych - mówiła.

Czy Steinbach planuje kolejną metamorfozę?

To nie ma żadnego znaczenia.

Statek Steinbach tonie, i to nie od marca, gdy Angela Merkel postanowiła nie dopuścić jej do rady zarządzającej muzeum niemieckich wypędzonych - "widocznego znaku". Decydujący cios został zadany już jesienią 2005 r., gdy politycy SPD i CDU negocjujący umowę koalicyjną postanowili, że to muzeum wystawi wypędzonym nie Związek Wypędzonych (BdV) Eriki Steinbach, ale niemiecki rząd.

Pod koniec lat 90., wkrótce po przejęciu rządów w Związku Wypędzonych, Steinbach, wówczas mało znana polityk CDU z Frankfurtu, rzuciła hasło budowy Centrum przeciw Wypędzeniom. Centrum oficjalnie miało zajmować się dokumentowaniem historii wysiedleń. Steinbach chciała jednak stworzyć z centrum coś w rodzaju przetrwalnika dla działaczy jej związku. Potężny niegdyś BdV wypadł już bowiem z głównego nurtu niemieckiej polityki. W procesie zjednoczenia Niemiec nie wziął udziału. Bez powodzenia próbował zablokować polsko-niemiecki traktat graniczny z 1990 r.

Urządzone z wielkim rozmachem centrum - prestiżowa placówka w sercu Berlina ze sporym budżetem - miało tej erozji związku zapobiec. Miało też utrwalić główną tezę wypędzonych - że to oni są niewinnymi ofiarami bezprawnie wypędzonymi z ich małych ojczyzn przez Polaków czy Czechów. Próbkę tego, jak historia zostałaby pokazana w centrum, Steinbach dała na wystawie "Wypędzone drogi" otwartej w sierpniu 2006 r. w Berlinie. Wszystkie deportacje, jakie miały miejsce w XX wieku, sprowadzono tam do jednego mianownika. To, że Niemców wysiedlano ze wschodniej Europy w wyniku wojny, którą sami rozpętali, zupełnie gubiło się między opisami rzezi Ormian i deportacji, które miały miejsce w latach 70. na północnym Cyprze.

W "widocznym znaku" za to, by historia deportacji nie została w zafałszowana, będzie odpowiadał niemiecki rząd i międzynarodowi (także polscy) eksperci. Wprawdzie trzech przedstawicieli wypędzonych wejdzie do rady fundacji zarządzającej muzeum, ale rada liczy przecież aż 13 osób.

Steinbach zrozumiała to. By uratować twarz, walczyła o fotel w radzie zarządzającej. Tu jednak natrafiła na weto Polski.

Być może, gdyby Polską rządził dalej Jarosław Kaczyński, Steinbach udałoby się przekonać Merkel, że jest ofiarą jego antyniemieckich fobii. Być może wtedy kanclerz pozwoliłaby jej wejść do rady "znaku". Ale rozgrywka toczyła się w marcu zeszłego roku, a w imieniu nowego polskiego rządu Steinbach zwalczał niezwykle szanowany za Odrą prof. Władysław Bartoszewski. Merkel jako pierwsza chadecka kanclerz w historii odważyła się odwrócić od wypędzonych, wybierając dobre stosunki z Polską.

Wtedy Steinbach popełniła poważny błąd. Poszła po pomoc do chadeków z Bawarii. Horst Seehofer, bawarski premier, szukał pretekstu, by zaatakować Merkel i podnieść swój prestiż. Uznał, że sprawa Steinbach to dla Niemiec hańba. Polsce zarzucił mieszanie się w nie swoje sprawy. Jednak poprzestał na słowach i sprawa szybko ucichła. Steinbach została znowu sama.

Ci, którzy śledzili karierę Angeli Merkel, wiedzą, że pani kanclerz nie wybacza tego typu nielojalności. Chadeccy politycy o wiele wyższej szarży niż Steinbach prędzej czy później kładli głowy pod topór. To wkrótce czeka szefową BdV. Oczywiście jesienią Merkel odwiedzi ją na dorocznym zjeździe związku i wyrazi pełną solidarność z przewodniczącą. We wrześniu będą wybory do Bundestagu, a wypędzeni tak jak zawsze zagłosują na CDU.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':