http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sami swoi

Krystyna Naszkowska
2009-06-21, ostatnia aktualizacja 2009-06-19 13:55

Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG

Przyjeżdżają do nas Niemcy i Francuzi, Duńczycy i nawet z Japonii. Studenci i profesorowie. I pytają, jak się obroniliśmy przez te 50 lat. Rozmowa Marianem Ilnickim, prezesem rolniczej Spółdzielni produkcyjnej w Witkowie

ZOBACZ TAKŻE
Ile pan ma lat?

- O, to najgorsze pytanie. Zaczynam mieć 79 lat.

I co pan zamierza?

- Odejść na emeryturę, jak skończy się moja obecna kadencja, czyli w lutym 2010 r. Bo trochę mi choroba zaczyna dokuczać, przez cztery miesiące tego roku byłem na zwolnieniu lekarskim.

Od 53 lat jest pan prezesem tej samej spółdzielni produkcyjnej w Witkowie. Nie ma drugiej takiej osoby w kraju, a może i na świecie. Nigdy przez te 53 lata nie miał pan konkurentów do fotela prezesa?

- Miałem, ale w tajnym głosowaniu zawsze wygrywałem. Bo od kiedy zostałem prezesem, nie było roku bez zysków.

Nikt w Polsce nie ma tyle ziemi, dostajecie najwięcej dopłat rolnych. W zeszłym roku wzięliście ponad 8 mln zł.

- Tak naprawdę nie jesteśmy najwięksi, są trzy czy cztery gospodarstwa większe, ale to ukrywają, porozpisywali na rodzinę po kawałku. Ale fakt - mamy ok. 1450 spółdzielców, ziemi własnej 11 tys. hektarów i jeszcze 2 tys. ha dzierżawimy. Mamy ponad 60 tys. świń rocznie, bydła ponad 5 tys. - największe stado bydła w kraju. Drobiu mamy prawie 5 mln rocznie. W całej Europie nie ma takiej spółdzielni jak nasza, co ciągle się rozwija. Przyjeżdżają tu do nas Niemcy i Francuzi, Duńczycy i Szwedzi, i nawet z Japonii. Studenci i profesorowie. I pytają, jak się taką firmę prowadzi, w jaki sposób się obroniliś-my przez te 50 przeszło lat.

No, jak?

- Opowiem pani. Przyjechałem w lipcu 1945 r. razem z rodzicami i dwiema starszymi siostrami. Miałem 15 lat. Byliśmy repatriantami spod Lwowa, tam mieliśmy gospodarstwo rolne. Załadowaliśmy się do pociągu razem z koniem i dwiema krowami, zbożem, ziemniakami, wszyscy razem w wagonie byliśmy. I tak jechaliśmy na te Ziemie Odzyskane ponad miesiąc przez całą Polskę.

Jak w filmie "Sami swoi"?

- Tak jest. Razem z nami w tym pociągu jechało kilka rodzin z naszej okolicy. Mieliśmy zboże na zasiew pola w nowym miejscu, ale podróż była tak długa, że prawie wszystko zjedliśmy - my i zwierzęta. Ojciec dostał gospodarstwo w Rzeplinie - dom, zabudowania, ziemię. Ziemia była nieregulowana, czyli ile się dało radę obrobić, tyle można było sobie zabrać. My z naszym koniem dawaliśmy radę na 12 hektarów. Na szczęście Niemiec, który tam mieszkał wcześniej, obsiał pola jeszcze na jesieni 1944 r. i właściwie zaraz po osiedleniu mogliśmy zacząć je kosić. Nie było sklepów, żywności, ale szybko we wsi osiedlił się młynarz i mogliśmy ziarno mleć na mąkę. Znaleźliśmy też trochę warzyw w ogródkach. No i mieliśmy mleko. Na drugi rok było lepiej, zaczął się jakiś handel, otworzyła się piekarnia na wsi. Niestety, ojciec starszy był człowiek i w październiku 1947 r. zmarł. I ja zostałem na gospodarstwie.

Było trudno?

- Bardzo. Plony były wtedy bardzo niskie, nie było nawozów. A od 1950 r. zaczęto nas, chłopów, przymuszać do spółdzielni produkcyjnych. Czy chłopi chcieli, czy nie chcieli - mieli przystępować. Ja nie chciałem. Tu, w okolicy, my przeważnie byliśmy zza Buga. I znaliśmy radzieckie kołchozy, bo tam były już one tworzone. Wiedzieliśmy, jak one działają, i byliśmy przeciw spółdzielniom.

Na tych, co nie przystąpili do spółdzielni, władza nakładała tzw. obowiązkowe dostawy. Zboża trzeba było oddawać państwu za psi grosz, sobie można było zostawić tylko na wyżywienie. To mnie zniechęcało całkiem do gospodarowania. I kiedy w 1952 r. zabrali mnie na trzy lata do wojska, do służby, to nawet z chęcią poszedłem. Tam mieliśmy dużo politycznych wykładów, dużo się nauczyłem i jak wyszedłem z wojska, to miałem już inny pogląd na te sprawy.

Krótko mówiąc, wyprali panu mózg.

- W wojsku wstąpiłem do PZPR. Potem proponowali mi pracę w milicji, w Korpusie Bezpieczeństwa, bo miałem bardzo dobrą opinię, ale nie chciałem. Wróciłem do Rzeplina, do mojej wsi, na gospodarstwo. Ale jak wróciłem, to wszędzie już były spółdzielnie, w każdej wsi. I moje gospodarstwo też objęła spółdzielnia w Rzeplinie. Siostry tam pracowały.

To już był rok 1956. Spółdzielnia w Witkowie już była, nie pan ją założył.

- Nie, nie ja. Wtedy władza interesowała się człowiekiem, więc jak wyszedłem z wojska, to wezwali mnie do powiatu i dostałem nakaz pracy do spółdzielni w Witkowie. Ta spółdzielnia była nietypowa, to była tzw. młodzieżówka. Te młodzieżówki tworzono, kiedy Gomułka był ministrem Ziem Odzyskanych. To nie była spółdzielnia złożona z rolników, którzy oddali swoją ziemię i inwentarz do spółdzielni. Tylko to byli młodzi ludzie przesiedleni ze wschodu Polski: z Rzeszowskiego, Lubelskiego, Kieleckiego - z terenów, gdzie było mało ziemi, za to duże bezrobocie. Powstało ich wtedy pięć. Przetrwała tylko nasza, dwie my wchłonęliśmy. Młodzieżówki dostawały ziemię należącą do Państwowego Funduszu Ziemi. Do Funduszu szło to, czego chłopi nie zagospodarowali. Bo chłopi bali się tu mieszkać, ciągle mówiono, że Niemcy wrócą. Ta młodzieżówka dostała 600 ha, z czego 200 ha to były łąki i pastwiska. Nasze Witkowo powstało od zera, tu nie było żadnych budynków, tylko puste pole.

Źródło: Duży Format
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Co się stało z Madzią?

Matka półrocznej Madzi z Sosnowca wyznała, że córeczka wyślizgnęła się jej w domu z kocyka i uderzyła główką w wysoki próg