Zobacz też: Zachód nie wie, co zrobić z Afganistanem To była największa dotychczas operacja polskich wojsk w Afganistanie. Efekt: kilkudziesięciu pojmanych talibów, zlikwidowane składy broni i systemy łączności. Straty: cztery uszkodzone pojazdy i trzech lekko rannych.
Ale te straty tak bardzo żołnierzy nie martwią: - Wreszcie uderzyliśmy, bo do tej pory, jak nas zaatakowali na patrolu, to uciekaliśmy. Mam poczucie, że teraz naprawdę chcemy przejąć inicjatywę w tej wojnie - mówi podoficer, który brał udział w akcji.
Operacja Orle Pióro trwała prawie tydzień i była największą, jaką przeprowadziło do tej pory polskie wojsko w Afganistanie. I pierwszą ofensywną czyli taką, która nie było po prostu odpowiedzią na atak. W Orlim Piórze udział wzięło 800 żołnierzy polskich oraz oddziały armii afgańskiej. - Żadnej ucieczki, tylko atak - opowiadają nam polscy oficerowie. - To my obserwowaliśmy przeciwnika, a nie on nas.
- Talibowie śledzą nasze ruchy za dnia, ale w nocy są ślepi. Robiliśmy więc tak: najpierw w teren wysłaliśmy wiele oddziałów, które talibowie widzieli, dopiero w nocy przerzucaliśmy jeden z nich w miejsce, o którym z rozpoznania wiedzieliśmy, że jest tam skład broni albo stacjonuje przeciwnik. A tego się już nie spodziewali, dzięki zaskoczeniu wyłapywaliśmy ich prawie bez oporu - opowiada nasz informator.
Polacy przekazali afgańskiej armii 29 talibów, przejęli karabiny, moździerze i sprzęt do przygotowania min-pułapek oraz materiały wybuchowe. Polacy zniszczyli także pole antenowe w Ghazni. - Stały tam anteny, które służyły talibom w Ghazni do porozumiewania się z pobratymcami w Pakistanie. Informacje o tym polu dostarczył nam wywiad, a śmigłowce szturmowe zniszczyły anteny - mówi polski dowódca.
Równocześnie polska armia rozdała paczki z artykułami higienicznymi, odzieżą i jedzeniem prawie 150 miejscowym rodzinom.
W czasie akcji uszkodzone zostały cztery transportery MRAP. Trzech żołnierzy zostało rannych w wybuchu miny-pułapki pod jednym z tych pojazdów. Jeden doznał urazu kręgosłupa, drugi urazu słuchu. Obaj trafili do amerykańskiego szpitala w Bagramie.
Do tej pory MRAP uchodził za pojazd bardzo bezpieczny, ale w ciągu ostatniego miesiąca w dwóch wybuchach min rannych zostało czterech Polaków. Jeden z nich w ciężkim stanie przebywa w szpitalu w Krakowie.
Jednak w polskiej armii zapanowała niemal euforia. Oficjalnie Dowództwo Operacyjne jest w ocenie operacji ostrożne. - Tak, na pewno była to jedna z największych operacji, faktycznie ofensywna i zakończona pełnym sukcesem - mówi ppłk Dariusz Kacperczyk, rzecznik DO.
- Najważniejsze, że to już inna wojna. To wreszcie atakujemy my. I niech tak już zostanie - mówi nam jeden z polskich oficerów.