http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Za marines panny sznurem

Mab, waszyngton
2009-06-19, ostatnia aktualizacja 2009-06-19 08:51

Armia amerykańska przeżywa oblężenie przez chętnych na bycie żołnierzami, a zwłaszcza oficerami. To efekt kryzysu oraz zmniejszającej się liczby ofiar w Iraku.

Żołnierz Marines z 24. Jednostki Ekspedycyjnej na linii ognia z Talibami w pobliżu miasta Garmser, prowincja Helmand. 2 maja, 2008 r.
Fot. David Guttenfelder AP
Żołnierz Marines z 24. Jednostki Ekspedycyjnej na linii ognia z Talibami w...
Jeszcze dwa lata temu ochotnicza armia amerykańska miała kłopoty ze zwerbowaniem wystarczającej liczby rekrutów. W tym roku chętnych jest dużo więcej niż miejsc, choć siły zbrojne łącznie przyjmą w 2009 roku aż 180 tys. ludzi.

Powody są dwa. Pierwszy to bezrobocie, które przez ostatnie dwa lata wzrosło z niecałych 5 do ponad 9 proc. Drugi - w Iraku liczba amerykańskich ofiar spadła z przeciętnie 100 na miesiąc do 15. Liczba zabitych w Afganistanie wprawdzie rośnie, ale i tak jest trzy-cztery razy mniejsza niż w Iraku kilka lat temu.

O tym, że USA są jednak w stanie wojny, wielu chętnym na żołnierzy przypomniał zamach na punkt rekrutacyjny w Little Rock w Arkansas dwa tygodnie temu. Młody muzułmanin zabił tam rekruta, a drugiego zranił.

Pensja rekruta nie jest jak na USA oszałamiająca - 3 tys. dol. miesięcznie, ale do tego dochodzi bezpłatna opieka lekarska, a zwłaszcza preferencje w dostaniu się potem na studia.

- Siły zbrojne przyciągają coraz zdrowszych i bardziej inteligentnych młodych ludzi - mówi ekspert od wojskowości z Instytutu Brookings Michael O'Hanlon. Już w ubiegłym roku 92 proc. rekrutów miało średnie wykształcenie, w tym będzie to jeszcze więcej.

Wielkie oblężenie przeżywają akademie wojskowe szkolące oficerów. Każda z trzech - armii lądowej w West Point, marynarki w Annapolis i lotnictwa w Colorado Springs - przyjmuje około 1300 osób rocznie. Chętnych w tym roku jest od 10 do 15 tys. - od 10 do 40 proc. więcej niż rok temu.

- Ludzie wiedzą, że my nie mamy masowych zwolnień - śmieje się Andrew Nemeth, który prowadzi rekrutację do marynarki wojennej w hrabstwie Fairfax pod Waszyngtonem.

Jednak, mimo kryzysu, tegoroczna liczba chętnych do sił zbrojnych USA nie jest rekordowa. Najwięcej Amerykanów z przyczyn patriotycznych chciało wstąpić do armii tuż po zamachach 11 września 2001 roku.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':