Jeszcze dwa lata temu ochotnicza armia amerykańska miała kłopoty ze zwerbowaniem wystarczającej liczby rekrutów. W tym roku chętnych jest dużo więcej niż miejsc, choć siły zbrojne łącznie przyjmą w 2009 roku aż 180 tys. ludzi.
Powody są dwa. Pierwszy to
bezrobocie, które przez ostatnie dwa lata wzrosło z niecałych 5 do ponad 9 proc. Drugi - w Iraku liczba amerykańskich ofiar spadła z przeciętnie 100 na miesiąc do 15. Liczba zabitych w Afganistanie wprawdzie rośnie, ale i tak jest trzy-cztery razy mniejsza niż w Iraku kilka lat temu.
O tym, że
USA są jednak w stanie wojny, wielu chętnym na żołnierzy przypomniał zamach na punkt rekrutacyjny w Little Rock w Arkansas dwa tygodnie temu. Młody muzułmanin zabił tam rekruta, a drugiego zranił.
Pensja rekruta nie jest jak na USA oszałamiająca - 3 tys. dol. miesięcznie, ale do tego dochodzi bezpłatna opieka lekarska, a zwłaszcza preferencje w dostaniu się potem na
studia.
- Siły zbrojne przyciągają coraz zdrowszych i bardziej inteligentnych młodych ludzi - mówi ekspert od wojskowości z Instytutu Brookings Michael O'Hanlon. Już w ubiegłym roku 92 proc. rekrutów miało średnie wykształcenie, w tym będzie to jeszcze więcej.
Wielkie oblężenie przeżywają akademie wojskowe szkolące oficerów. Każda z trzech - armii lądowej w West Point, marynarki w Annapolis i lotnictwa w Colorado Springs - przyjmuje około 1300 osób rocznie. Chętnych w tym roku jest od 10 do 15 tys. - od 10 do 40 proc. więcej niż rok temu.
- Ludzie wiedzą, że my nie mamy masowych zwolnień - śmieje się Andrew Nemeth, który prowadzi rekrutację do marynarki wojennej w hrabstwie Fairfax pod Waszyngtonem.
Jednak, mimo kryzysu, tegoroczna liczba chętnych do sił zbrojnych USA nie jest rekordowa. Najwięcej Amerykanów z przyczyn patriotycznych chciało wstąpić do armii tuż po zamachach 11 września 2001 roku.