http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ojciec nie musi być fajnym gościem

Teresa Sołtysiak
2009-06-19, ostatnia aktualizacja 2009-06-19 13:25

Nie spotkałem wielu ludzi podobnych do mnie. Może to ja jestem dziwny? Rozmowa z Tomaszem Bagińskim, filmowcem i rysownikiem

Tomasz Bagiński
Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Tomasz Bagiński
ZOBACZ TAKŻE
Słyszałam, że jest pan niezwykle ambitny.

- Obrzydliwie, paskudnie, chorobliwie.

I dlatego pan, samouk z Białegostoku, sześć lat temu zachwycił Akademię Filmową i dostał nominację do Oscara za krótki film animowany "Katedra".

- "Katedrę" robiłem na czwartym roku studiów architektonicznych, które potem rzuciłem. Bo z architekturą nie wiązałem planów. Zdawałem na Akademię Sztuk Pięknych, ale nie przeszedłem nawet wstępnej selekcji. Czułem się fatalnie, bo zakwalifikowały się osoby znacznie słabsze warsztatowo ode mnie. Całą wściekłość skierowałem na rozwój siebie.

Na nakręcenie siedmiu minut "Katedry" poświęcił pan aż trzy tysiące godzin pracy!

- Nie ma w tym żadnego heroizmu. "Katedra" była powodem rezygnacji ze studiów. Postanowiłem, że przysiądę do niej jak do dyplomu.

I czytał pan "Archipelag Gułag" Sołżenicyna.

- Przeczytałem go sześć razy. On lepiej uświadamia, w jakich piekielnie wygodnych czasach żyjemy. Mamy ciepłą wodę, wygodne łóżko, swój kąt; nawet jeśli czasami kupiony na kredyt, to jednak własny. Posłuchajmy czasem naszych dziadków, rodziców, jak ciężko musieli przebijać się przez życie. W porównaniu z ich doświadczeniami piętnastomiesięczna praca nad "Katedrą" to przyjemność. Przepracowanie nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić.

Skończył pan właśnie kolejny film - "Kinematograf". Będzie następna nominacja do Oscara?

- To nie zależy ode mnie. Mówienie o filmie przed premierą przynosi pecha. Zresztą nie robię filmów dla nagród, tylko dla widzów. Chciałbym, żeby się wzruszali, dyskutowali, a nawet opluwali. To byłoby super. W filmie, zamiast zgłębiać stany psychiczne bohaterów, wolę opowiadać proste historie, które poruszają. Kino jest rozrywką jarmarczną.

Nie uważa się pan za artystę?

- Nie. Jestem filmowcem, grafikiem komputerowym. Artystyczne filmy animowane robię raz na kilka lat. Na co dzień w firmie Platige Image tworzę efekty specjalne, projektuję czołówki programów telewizyjnych. Ostatnio też robiłem animacje do gry komputerowej "Wiedźmin". Z tego żyję. Sztukę robię w wolnych chwilach.

Sporo czasu jestem w reklamie i wiem, że jej twórcy, ograniczając się tylko do niej, wpadają w pułapkę wygody. Zarabiają ogromne pieniądze, ale wypalają się emocjonalnie, gubią ambitne cele. Reklama wysysa z wielkich aspiracji. Kiedy kończą się wysokie zarobki, co zawsze może się zdarzyć, to jest już prosta droga w dół. Trzeba zatem raz na jakiś czas robić inne rzeczy, nawet za darmo, dla własnej satysfakcji. Filmy animowane to dla mnie rodzaj wentylu.



Dlaczego zajął się pan filmem animowanym, a nie aktorskim?

- To przypadek, choć mam nadzieję, że kiedyś otrę się o kino aktorskie. Może moje losy inaczej by się potoczyły, gdyby w moim domu była kamera, a nie komputer. A komputer pojawił się w połowie lat 80. - dzięki ojcu, nauczycielowi akademickiemu, matematykowi. W podstawówce zacząłem od gier komputerowych, potem zafascynowałem się tworzeniem grafiki.

Rodzice nie namawiali, by został pan lekarzem czy prawnikiem?

- Chcieli, bym miał solidny zawód, ale niczego nie narzucali. Miałem "poważne" pomysły na życie, ale wróciłem do tego, co sprawiało największą frajdę, do animacji. Głos wewnętrzny to najlepszy doradca.

Podobnie radzi pan na forach młodym internautom. Często pytają pana, jak żyć. Pan to wie?

- Oczywiście, że nie. Może będę wiedział za trzydzieści lat. Z drugiej strony wszystkim ludziom, którzy pytają: "Mam piętnaście lat. Czym się zająć?", mówię: "Podążaj za pasją". To jedyny sposób, by mieć przyjemność z życia. Życie jest za krótkie, by robić rzeczy, które nas nie kręcą. Zwykle okazuje się, że ci, którzy oddali się swej pasji, szybko zaczynają mieć z tego pieniądze. Pieniądze lubią pasjonatów. Człowiek, który robi to, co lubi, może pracować więcej i lepiej.

Źródło: Duży Format
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':