http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Basidżi - ostre zęby irańskiego reżimu

Ludwika Włodek-Biernat
2009-06-18, ostatnia aktualizacja 2009-06-18 14:34

Najbardziej niezawodnym, bezlitosnym, okrutnym i lojalnym elementem irańskiej machiny przemocy państwowej są paramilitarne bojówki podległe Gwardii Strażników Rewolucji - basidżi.

Teheran, niedziela. Policjanci w cywilu pałują przeciwników prezydenta Ahmadineżada, którzy uważają, że wybory sfałszowano
Fot. STR AP
Teheran, niedziela. Policjanci w cywilu pałują przeciwników prezydenta...
Po zeszłotygodniowych wyborach prezydenckich, które zwolennicy przegranego kandydata Mir Hosejna Musawiego uważają za sfałszowane, Iran przeżywa największe wstrząsy od 30 lat. Ludzie po raz pierwszy odważyli się tak masowo wyjść na ulicę i krytykować rządzących.

Po raz pierwszy także widać wyraźnie różnice pomiędzy samymi dostojnikami reżimu. Część z nich, z dwoma byłymi prezydentami kraju na czele: Alim Akbarem Haszemim Rafsandżanim i Mohammedem Chatamim, stanęła po stronie domagającego się liberalizacji Musawiego.

Sam najwyższy przywódca i rzeczywista głowa państwa Ajatollah Chamenei murem stoi za urzędującym twardogłowym prezydentem Mahmudem Ahmadineżadem. Obaj mają do dyspozycji całą machinę państwową by bronić się przed domagającym się poluzowania śruby tłumem. Najbardziej niezawodnym, bezlitosnym, okrutnym i lojalnym elementem tej machiny są paramilitarne bojówki podległe Gwardii Strażników Rewolucji - basidżi.

Przez kilka dni, które spędziłam w Teheranie, miałam się okazję przyglądać metodom działania basidżich a także poznać jego efekty.

We wtorek, 16 czerwca rano odwiedziłam akademik Teherańskiego Uniwersytetu, który dwa dni wcześniej, w nocy z niedzieli na poniedziałek, zaatakowali basidżi. We wtorek wieczorem widziałam jak basidżi rozpędzają pokojową demonstrację zwolenników Musawiego.

Pacyfikacja akademika

Wydział nauk społecznych uniwersytetu teherańskiego świeci pustkami. Po ataku bojówek w nocy z soboty na niedzielę na akademik, odwołano trwającą właśnie sesję egzaminacyjną.

Z początku nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Gdy studenci zaprowadzili mnie do profesora, powiedział, że w ostatnich dniach był chory i właściwie nie wie, co się działo. Gdy jednak zaczęłam gadać ze studentami włączył się do dyskusji.

Wszyscy moi rozmówcy głosowali albo na Musawiego albo na Karrubiego. - Jestem z Tabrizu. Głosowałem na Musawiego, jak całe moje miasto - mówił jeden.

- Ja na Karrubiego. Sama partia którą Karrubi założył ma dwa miliony członków. Jakim cudem Karrubi mógł zdobyć tylko 300 tys. głosów? - pytał inny.

Poszliśmy na stołówkę poszukać profesorów. Wszyscy odmawiali komentarza, wykręcali się, że przebywam na uniwersytecie nielegalnie, bo nie mam pozwolenia z rektoratu.

Podszedł do nas student, który owej nocy z niedzieli na poniedziałek był w akademiku. - Na ulicy trwała demonstracja zwolenników Musawiego. Służby specjalne zrobiły kordon przy bramie wejściowej. Większość z nas była w pokojach. Albo spaliśmy, albo uczyliśmy się do sesji - opowiadał. - W pewnym momencie przez kordon zaczęli przychodzić ubrani po cywilnemu basidżi. Policja nie zareagowała.

Wdarli się do naszych pokojów, zaczęli nas okładać pałami, wrzeszczeć, rozpylali gaz. Słyszałem strzały - tu pokazuje mi zrobione komórką zdjęcia łusek. Ale nie wiem, czy ktoś zginął, widziałem tylko krew na chodniku. Wielu z nas zabrano do ciężarówek. Mnie akurat oszczędzili, tylko trochę mi się dostało - uśmiecha się marszcząc strupki na nosie.

Na wiec poparcia dla Musawiego na placu Waliasar się nie wybiera. - Boje się - przyznaje. Jeden ze studentów zaprowadził mnie pod akademik. Powybijane szyby, popalone ściany - to od petard, które służby specjalne rzucały w demonstrantów poprzedniej nocy, dzień przed atakiem na akademik - tłumaczył. Przed wejściem zaczepił kolegę z obandażowaną głową.

- Tak, mnie zgarnęli. Wzięli nas 46. Wyciągali z łóżek, pałowali. Zawieźli do ministerstwa spraw wewnętrznych, gdzie w podziemiach trzymali nas przez 16 godzin. - mówił wzburzony. Podchodzili do nas inni koledzy.

Nagle studenci zauważyli, że naszej rozmowie przysłuchuje się jakiś mężczyzna koło 40-ki. - A kim on jest? - zaczęli szeptać między sobą?

- Jestem tak, jak wy - zapewniał mężczyzna, ale studenci zabrali mnie za bramę akademika. Lepiej nie ryzykować, nie wiadomo, kto to - ostrzegali.

Chłopak mówił dalej: - Wśród zatrzymanych byli ranni. Jeden miał złamaną nogę - skakali mu po niej. Drugi był ranny w oko. Przez 16 godzin nie wezwano do nich żadnego lekarza.

- Traktowano nas wyjątkowo brutalnie. Nie dali nam nic do picia. Po dziesięciu godzinach dostaliśmy garstkę makaronu. Po 16 godzinach zwolnili nas - opowiadał. - Nie wiem, czy mają zamiar nam wytoczyć jakieś procesy. Podobno tak. Jestem jednak pewien, że nie wszystkich zwolniono. Pięciu albo sześciu zostało. Nie wiem co się z nimi dzieje.

Wieczorne akcje bojówkarzy

Popołudniowy pochód zwolenników Mir Hosejna Musawiego przeciągnął się, jak w poprzednie dni, aż do wieczora. I to właśnie po zmroku, kiedy ludzi robi się mniej, wkraczają do akcji ciężkozbrojni policjanci i basidżi, nazywani też lebos szachsi. To oni budzą największą nienawiść teherańczyków. Gdy pojawia się zwykła policja, tłum demonstrantów krzyczy: "hemojat, hemojat” czyli "pomóżcie nam". Albo: "siły porządkowe, chodźcie z nami”. Gdy policjantowi dostało się gazem (który rozpylali jego koledzy) ludzie dawali mu chusteczki i dmuchali dymem z papierosa w oczy (podobno pomaga).

Wobec lebos szachsi, czyli "ubranych po cywilnemu", nikt nie ma litości. To basidżi - paramilitarne bojówki, starannie selekcjonowani przez reżim mężczyźni, którzy Islamskiej Republice zawdzięczają wszystko co mają, są gotowi oddać za nią życie. To ich państwo i oni tu ustanawiają porządki. - Ich schemat myślowy jest prosty- uważa Ali Pahlawan z BBC Persian. - Skoro tyle są w stanie dla niego poświecić, to chyba coś im się należy.

Do basidżich nikt nie woła "Pomożecie". Gdy pojawiają się tłum krzyczy "Marg bar basidżi" - śmierć basidżim. To oni są odpowiedzialni za większość ofiar ostatnich dni w Iranie. W zamieszkach poniosło śmierć już 50 osób.

Każdy Irańczyk rozpozna lebos szachsi. Krótko przystrzyżona broda, spodnie od garnituru i koszula w obciachowy wzorek. - Staromodne ciuchy i staromodne myślenie, co gorsza - wyjaśnia mi Fariborz, dziennikarz.

We wtorek, gdy tłum stał na placu Wanak, lebos szachsi najpierw tylko przyglądali mu się z obrzeży jezdni. Gdy ciężkozbrojni policjanci przypuszczając kolejne szturmy sprawili, że demonstrantów zrobiło się jeszcze mniej, basidżi zaatakowali.

Byłam wtedy poniżej placu, w dole centralnego bulwaru Waliasr. Nagle rozległ się warkot. Pędziło kilkadziesiąt skuterów. Na każdym dwóch brodatych z drewnianymi pałami w ręku. Po kilkunastu minutach od strony Wanaku nadbiegli pierwsi przerażeni demonstranci. - Basidżi biją, uciekajcie! - krzyczeli. Rzeka ludzi ruszyła na dół. Kilku lebos szachsi musiało zostać zatrzymanych przez zwolenników Musawiego. Na poboczu jezdni płonęły ich skutery.

Wtem gruchnęła wieść, że kolejna fala basidżich zmierza w górę bulwaru. Samochody, które w międzyczasie pojawiły się już na bulwarze, jak na komendę zaczęły zawracać. Spanikowani ludzie wsiadali do byle pierwszego pojazdu. Znów kilkanaście skuterów pojechało na Wanak. Tymczasem rzeka aut zakorkowała wszystkie wąskie uliczki w okolicach bulwaru i wylewała się kilkadziesiąt metrów niżej na zatarasowane samochodami skrzyżowania.

Ruchem dowodzili basidżi. Wrzeszczeli na kierowców, walili w maski, władczo wskazywali kierunek jazdy. Korek narastał. - Za co się nie wezmą, to spieprzą - szepnął do mnie Fariborz. Nawet kierowanie ruchem im nie wychodzi.

Zniecierpliwieni kierowcy zaczęli trąbić. Dziś trąbienie w Teheranie oznacza jedno "marg bar diktator", "marg bar basidżi" - śmierć dyktatorowi, śmierć basidżi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':