http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Najwyższy przywódca się nie sprawdził

Rozmawiała w Teheranie Ludwika Włodek-Biernat
2009-06-17, ostatnia aktualizacja 2009-06-16 19:12

Wywiad z Wahidem Nikchahem, znanym irańskim reżyserem

Ajatollah Ali Chamenei
Fot. ROUZBEH JADIDOLESLAM AP
Ajatollah Ali Chamenei
Ludwika Włodek-Biernat: Przed chwilą jacyś młodzi ludzie wołali za panem: „Wyznawca imama! Wyznawca imama!". Dlaczego?

Wahid Nikchah: Rzeczywiście, do dnia wyborów wierzyłem w instytucję najwyższego przywódcy. Uważałem, że potrzebna jest osoba, która dba o interesy całego kraju, patrzy na wszystko z góry i nie bierze niczyjej strony, tylko sprawiedliwie rozsądza.

Jednak Ali Chamenei nie zachowuje się tak, jak powinien zachowywać się najwyższy przywódca. Ostentacyjnie trzyma jedną stronę, stronę Ahmadineżada. Problem polega na tym, że urząd najwyższego przywódcy został skrojony pod ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego. Ale Chamenei nie dorasta do tej roli, jest człowiekiem dużo mniejszego formatu.

Zawiódł pana?

- Tak. W ostatnich dniach słyszałem wiele razy, że Chamenei nie wie, co dzieje się w kraju. Grupa otaczających go zwolenników Ahmadineżada odcina go od informacji. Chamenei nie wie, jak masowe są demonstracje poparcia dla Musawiego.

Dlatego przyszedł pan na dzisiejsza demonstrację?

- Przyszedłem, bo popieram Mir Husajna Musawiego. Głosowałem na niego i uważam, że byłby lepszym prezydentem niż Ahmadineżad. Wierzę, że to on jest zwycięzcą tych wyborów. Tłumy wokół nas pokazują, że nie tylko ja tak myślę.

Ale Musawi już był u władzy. W latach 80., gdy był premierem, w irańskich więzieniach trwała krwawa rozprawa z wrogami systemu. Nie boi się pan, że taki człowiek nie nadaje się na wyzwoliciela ludu?

- Przede wszystkim to nie Musawi jest odpowiedzialny za tamte zdarzenia. Poza tym trwała wtedy krwawa wojna z Irakiem. Przeciw sobie mieliśmy całą resztę krajów arabskich. To nie był czas, kiedy można było dopuścić do utworzenia drugiego frontu w kraju. A do tego zmierzali Mudżahedini Ludowi [tępiona przez reżim zbrojna organizacja opozycyjna].

Przecież to Chomeini, o którym wypowiada się pan z taka rewerencją i na którego autorytet także powołuje się Musawi, stał za krwawymi rozprawami i masowymi egzekucjami wrogów rewolucji w pierwszych miesiącach 1979 r.

- A zna pani jakąkolwiek rewolucję, która odbyła się bez ofiar? Każda rewolucja zjada własne dzieci, to prawda stara jak świat. Ale za dużo w naszej rozmowie wraca pani do przeszłości. Nie mówię, że powinniśmy o niej zapomnieć. Nie, trzeba być jej świadomym, ale teraz trzeba myśleć o przyszłości.

No dobrze, to pomówmy o przyszłości. Ci maszerujący tak zgodnie wokół nas ludzie tak naprawdę pochodzą z dwóch różnych światów. Część chce odrzucenia republiki islamskiej i chce liberalnej demokracji takiej jak na Zachodzie. Druga część chce tylko poprawienia republiki islamskiej. Nie boi się pan, że prędzej czy później dojdzie między nimi do konfliktu?

- Tak może się stać, ale to już problem liderów. Oni nie powinni do tego dopuścić. Powinni wypracować jakiś kompromis. Niestety, przywódcy na razie nie spełniają dobrze swej funkcji, siedzą tylko w gabinetach.

Jednak na dłuższą metę jestem optymistą. Co nie znaczy, że wierzę, iż władze nie będą już strzelać do ludzi, że nie będzie już ofiar. Chodzi mi o to, że dzisiejsze masowe protesty nie mają precedensu. Nie widzieliśmy takich rzeczy od 30 lat. To pozwala mi wierzyć, że w końcu nadejdzie dzień, kiedy odzyskamy wolność i swoje prawa.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':