Wydział nauk społecznych uniwersytetu teherańskiego świeci pustkami. Po niedzielnych zajściach w akademiku odwołano na wydziale nauk społecznych trwającą właśnie sesję egzaminacyjną.
Z początku nikt nie chce ze mną rozmawiać. Gdy studenci zaprowadzili mnie do profesora, ten oświadczył, że w ostatnich dniach był chory i właściwie nie wie, co się działo. Ale gdy zaczynam rozmawiać ze studentami, włącza się do dyskusji.
Rozmawiamy o wyborach. Wszyscy moi rozmówcy głosowali albo na Musawiego, albo na Karubiego. - Jestem z Tabrizu. Głosowałem na Musawiego, tak jak całe moje miasto - mówił jeden.
- Ja na Karubiego - mówi inny. - Sama partia, którą założył Karubi, ma dwa miliony członków. Jakim cudem Karubi dostał tylko 300 tys. głosów? - pyta.
Idziemy na stołówkę szukać profesorów. Wszyscy odmawiają komentarzy, wykręcają się od rozmowy, mówiąc, że jestem na uniwersytecie nielegalnie, bo nie mam pozwolenia z rektoratu.
Podchodzi student, który w nocy z soboty na niedzielę był w akademiku. Zaczyna opowiadać: - Na ulicy trwała demonstracja zwolenników Musawiego. Służby specjalne zrobiły kordon przy bramie wejściowej. Większość z nas była w pokojach, spaliśmy albo uczyliśmy się do sesji. W pewnym momencie przez kordon zaczęli przechodzić ubrani po cywilnemu mężczyźni, to byli basidżi [milicjanci - ochotnicy wspierający prezydenta Ahmadineżada]. Policja nie reaguje.
Basidżi wdarli się do naszych pokojów i zaczęli okładać nas pałami, wrzeszczeć, rozpylać gaz. Słyszałem strzały - pokazuje mi zdjęcia łusek zrobione komórką. Nie wiem czy ktoś zginął, widziałem tylko krew na chodniku. Wielu z nas zabrano do ciężarówek. Mnie oszczędzili, tylko trochę mi się dostało.
Na wtorkowy wiec poparcia dla Musawiego się nie wybiera. - Boję się - mówi.
Inny student prowadzi mnie przed akademik. Powybijane szyby, popalone ściany - to od petardy, którą służby specjalne rzucały w demonstrantów poprzedniej nocy. Dzień przed atakiem na akademik - tłumaczy.
Przed wejściem zaczepia nas student z obandażowaną głową. - Wzięli nas czterdziestu sześciu. Wyciągali nas z łóżek, spałowali, a potem zawieźli do MSW, gdzie w podziemiach siedzieliśmy przez 16 godzin - mówi wzburzony.
Podchodzą do nas inni studenci. Nagle zauważamy, że rozmowie przysłuchuje się mężczyzna koło czterdziestki. - Kim on jest?
- Jestem taki jak wy - zapewnia nieznajomy, ale studenci zabierają mnie za bramę akademika. Lepiej nie ryzykować.
Chłopak z obandażowaną głową mówi dalej: - Wśród zatrzymanych byli ranni. Jeden miał złamaną nogę - skakali mu po niej. Drugi był ranny w oko, ale przez 16 godzin nie wezwano do nich żadnego lekarza. Traktowali na wyjątkowo brutalnie. Nie dali nic do picia. Po dziesięciu godzinach dostaliśmy garstkę makaronu. Po szesnastu zwolnili. Nie wiem, czy zamierzają wytoczyć nam jakieś procesy. Podobno tak. Jestem jednak pewien, że nie wszystkich kolegów zwolniono. Pięciu albo sześciu zostało. Nie wiem, co się z nimi dzieje.
Źródło: Gazeta Wyborcza