Aleksandra Pezda: Czy to źle, że studenci zaliczają po kilka kierunków studiów naraz? Prof. Łukasz A. Turski: To zjawisko jest pochodną absurdalnego systemu studiów i fiksacji na kształcenie zawodowe. Od naszego studenta wymaga się, żeby od początku wiedział, czy chce skończyć uczelnię jako fizyk, czy jako ginekolog. Większość tego nie wie, musi próbować sił na wielu kierunkach. W anglosaskim systemie, który w końcu ma sukcesy, podejmowaliby tę decyzję dopiero po kilku latach na uczelni, kiedy się już dowiedzą, o co im naprawdę chodzi.
Nie trzeba więc ograniczać multistudiowania? - Uważam to za jakiś zastępczy, marginalny problem. Problemem polskich studentów nie jest to, że co dziesiąty student blokuje im miejsce na bezpłatnych kierunkach. Problem do rozwiązania jest taki: co zrobić, żeby każdy, kto jest do tego zdolny (bo nie każdy przecież musi kończyć
studia), mógł studiować, niezależnie od sytuacji materialnej. Jak skończyć z tą niesprawiedliwością, że 40 proc. studentów dostaje ten przywilej za darmo, a 60 proc. płaci za studia na zazwyczaj gorszych uczelniach niepublicznych? W cywilizowanych państwach te proporcje są odwrotne.
Ministerstwo jednak liczy, że multikierunkowcy zwolnią miejsca na uczelniach publicznych dla tych, którzy mieli na nie mniejsze szanse. - Ależ w ogóle nie o to chodzi! Nigdzie na świecie uczelnie nie utrzymują się wyłącznie z czesnego! To rozwiązanie po prostu przyniesie krótkotrwałe, drobne oszczędności budżetowe i pewnie takie ma tylko zadanie. Projekt ministerstwa nie poprawi sytuacji młodzieży ani trochę. Za to już wywołał niepotrzebną, upolitycznioną dyskusję: płacić za studia czy nie? I znowu na długi czas zablokuje konieczną, fundamentalną dyskusję o zmianie systemu finansowania uczelni. Trzeba wreszcie się zastanowić nad tym, jak wprowadzić powszechne studia polegające na tym, że wszyscy za nie płacą, ale odpowiedni system finansowy umożliwia młodzieży niezamożnej studiowanie.