Marcin Bosacki: Jak ważne są protesty w Iranie? James Phillips: Z jednej strony bardzo ważne, bo pokazują, jak wielu ludzi, głównie w dużych miastach, nie zgadza się z ustawianiem wyników wyborów w Iranie. Tak naprawdę pokazują, jak krucha jest podstawa społeczna rządów mułłów, że ich reżim grzęźnie.
Z drugiej jednak strony dla polityki zagranicznej Iranu to wszystko ma znaczenie marginalne. Cała czwórka kandydatów w wyborach to politycy oddani rewolucji islamskiej, uważający za wrogów
Izrael,
USA i cały Zachód. I przywiązani do budowy bomby nuklearnej. Nawet gdyby Mahmud Ahmadineżad przegrał z Husajnem Musawim, w agresywnej polityce irańskiej niewiele by się zmieniło. Najwyżej retoryka Musawiego byłaby nieco mniej prowokująca. Tak naprawdę o sprawach strategicznych decyduje najwyższy przywódca Ali Chamenei.
Jak to wszystko może się teraz potoczyć? - Kluczowe będzie to, czy Musawiego poprze otwarcie i mocno były prezydent Akbar Haszemi Rafsandżani. Jeśli tak, jeśli na wiece Musawiego ruszą tysiące dobrze zorganizowanych zwolenników Rafsandżaniego, to protesty mogą przybrać na sile i trwać wiele dni. To się okaże w najbliższych godzinach. Jestem też pewien, że najwyższy przywódca Ali Chamenei będzie próbował jak najszybciej uspokoić protesty - nie tylko siłą, ale także zapewnieniami publicznymi, że "przyjrzy się", czy rzeczywiście proces wyborczy był uczciwy.
Są obserwatorzy, też amerykańscy, którzy twierdzą, że Ahmadineżad rzeczywiście zdecydowanie wygrał te wybory. - Ja też nie uważam, by skala fałszerstw w liczeniu głosów była ogromna. Ahmadineżad ma rzeczywiście spore poparcie na wsi i wśród biedoty miejskiej. Chodzi o coś innego. Po pierwsze, to mułłowie decydują z góry, kto może kandydować, a kto nie. Po drugie, przed wyborami struktury państwa włączały się w kampanię Ahmadineżada, np. rozdając biedocie 400 tys. ton ziemniaków. Te wybory na pewno nie były uczciwe i wolne.
Jak powinien zareagować rząd USA? - Wybory pokazały, że polityka irańska prowadzona od pięciu miesięcy przez ekipę Baracka Obamy jest mocno wątpliwa. Obama w swych wystąpieniach faktycznie, choć nie formalnie, dokonał wielkiego zwrotu, uznając Republikę Islamską. Cały czas podkreślał chęć rozmów z reżimem w Teheranie. A teraz okazuje się, że duża część, może większość, Irańczyków tego reżimu nie akceptuje...
Teraz Obama musi pokazać, że USA są z ludźmi, a nie z reżimem. Potępić jasno represje wobec protestujących.
Z drugiej strony to, co się dzieje w Iranie, to kolejne przypomnienie dla ekipy Obamy, że z mułłami trzeba negocjować twardo, zwłaszcza w kwestiach nuklearnych. Jeśli wejdziemy z nimi w umowy - to one muszą być jasne: co, kiedy, pod jakimi warunkami. Żadnych niekończących się, niejasnych maratonów negocjacyjnych.
*James Phillips jest ekspertem ds. irańskich w konserwatywnej fundacji Heritage w Waszyngtonie