Witold Orłowski: Jest pan dla ekonomii bardzo miły. Dzisiaj ludzie są raczej skłonni odsyłać ekonomistów do psychiatry, a nie psychologa. Ja sam nazwałem swoją książkę o kryzysie: "Świat, który zwariował". Wariata nie trzeba wcale karmić cukierkami, tylko wsadzić w kaftan i do izolatki, żeby sobie i innym nie zrobił krzywdy. Na szczęście nie zawsze jest aż tak źle, nie zawsze uczestnicy rynku są w panice. Ale zawsze ważne jest to, w jakim nastroju znajduje się większość uczestników
gry rynkowej.
Pańskie pytanie zahacza o fundamentalne problemy: czy można w wiarygodny sposób opisywać działanie gospodarki, czy można zaproponować sensowną politykę gospodarczą. Klasyczna wiedza ekonomiczna opierała się na prostym aksjomacie, że przeciętny człowiek zachowuje się w sposób racjonalny. Stara się osiągnąć dla siebie jak największą korzyść, starając się kupić jak najtaniej i sprzedać jak najdrożej. Umie analizować sytuację i dobrze planować. Słowem, człowiek na rynku to homo economicus. A zatem wystarczy, aby rynek wysyłał dobre sygnały - np. aby wzrost cen sygnalizował, że popyt rośnie za szybko - a ludzie w swojej masie zareagują na to tak, jak trzeba, ograniczając zakupy.
Niestety, okazało się, że nie jest aż tak dobrze. Ludzie podlegają zmiennym nastrojom, i to nie tylko pojedynczy ludzie, co byłoby oczywiste, ale ludzie w swojej masie. Bardzo często mamy do czynienia ze zjawiskami "owczego pędu" - jeśli inni kupują akcje firm, my je kupujemy również, choć rosnące ceny wyraźnie sugerują, że zdrowo za nie przepłacamy. Kiedy z kolei wszyscy wpadają w pesymizm, wyprzedają aktywa, choćby nawet zdrowy rozsądek mówił, że w tym momencie tylko na tym stracą.
Podobnie zachowują się przedsiębiorstwa. Jeśli powszechne stają się oczekiwania, że w gospodarce będzie się działo dobrze, firmy prześcigają się w inwestowaniu. Kiedy z kolei wpadają w nastrój pesymistyczny, gwałtownie ograniczają swoje plany ekspansji. Wszystko to przyczynia się do powszechnie znanego faktu, że gospodarka nie rozwija się w sposób gładki i stabilny, ale cykliczny. Raz na rynku panuje euforia, ludzie stają się głusi na wszelkie złe wiadomości i analizy, nie liczą się z ryzykiem i chętnie wydają pieniądze. Kiedy indziej za to panuje nadmierny pesymizm, wszyscy boją się przyszłości i wolą swoje pieniądze odłożyć na czarną godzinę. Problemy te bada coraz bardziej dziś popularna ekonomia behawioralna.
Proszę jednak tego nie zrozumieć w sposób skrajny. Lepsze i gorsze okresy w gospodarce nie wynikają wyłącznie ze zmieniających się gwałtownie nastrojów, a kryzysy nie są wyłącznie zjawiskiem natury psychologicznej! Bez wątpienia jednak owa skłonność do przesadnych wahań nastrojów powoduje, że kryzysy stają się cięższe i bardziej długotrwałe, niż musiałyby być, a w okresach rozwoju ludzie i firmy ładują się w większe kłopoty i podejmują większe ryzyko, niż byłoby to uzasadnione, za co prędzej czy później płaci cała gospodarka.
No i w ten sposób chyba zbliżyłem się do odpowiedzi na pańskie pytanie. Dlaczego dziś światowa gospodarka kuleje? Bo ludzie kupują mniej towarów i usług. I nie bez powodu, bo boją się utraty pracy, bo część z nich poprzednio nadmiernie się zadłużyła i dziś musi zaciskać pasa, bo przepadła gdzieś część oszczędności. Równie rozsądne jest to, że firmy ograniczyły swoje inwestycje, wiedząc, że w najbliższych latach mogą być kłopoty ze sprzedażą.
Słowem, obecny kryzys ma szereg obiektywnych, racjonalnych przyczyn. Ale oczywiście im bardziej wszyscy nakręcają się wzajemnie w pesymizmie, tym bardziej jest prawdopodobne, że ograniczą swoje zakupy nawet bardziej, niż jest to niezbędne; że firmy bardziej utną inwestycje i zatrudnienie; że banki przesadzą w ocenie ryzyka związanego z kredytowaniem; że pesymistyczne oczekiwania zmienią się w samospełniającą się prognozę. Więc może warto działać tak, aby owe pesymistyczne nastroje tonować?
Gdyby częstujące przechodniów cukierkami miłe hostessy (albo jeszcze lepiej proponowane przez Stanisława Lema bomby z odpowiednimi środkami psychotropowymi) zdołały poprawić nam wszystkim nastroje, obecny kryzys być może dałoby się szybciej zakończyć, kosztem mniejszego bezrobocia i mniejszego spadku produkcji. Problem tylko z tym, czy obawiającym się o swoje miejsca pracy ludziom wystarczy dać słodkiego cukierka, aby uwierzyli, że nie ma się czego bać?