Art-B? Młodszym czytelnikom ta nazwa niewiele mówi. Rozszyfrujmy ją nieco ironicznie: "ARTyści Biznesu". Tak zresztą dwie dekady temu nazywano właścicieli spółki - Bogusława Bagsika (
muzyka, stroiciela fortepianów) i Andrzeja Gąsiorowskiego (lekarza laryngologa).
Ich kariera zaczęła się w 1988 r. w Cieszynie, gdzie założyli spółkę importującą czekoladę, kawę, kurtki puchowe - z kapitałem o równowartości 15 dol. Po kilkunastu miesiącach kierowali holdingiem ok. 200 spółek zatrudniającym 15 tys. ludzi. W 1990 r. kupili roczną produkcję traktorów upadającej fabryki Ursus. Wtedy uosabiali amerykański sen - od pucybuta do milionera. Za "stosowanie niekonwencjonalnych rozwiązań ekonomicznych" Bagsik został uhonorowany prestiżową Nagrodą Kisiela.
Przed "artystami biznesu" otworzyły się drzwi politycznych salonów (głównie z kręgu pierwszej partii Jarosława Kaczyńskiego, czyli Porozumienia Centrum). To oni decydowali, który polityk odwiedzi ich w pałacyku w podwarszawskich Pęcicach, ozdobionym kolekcją malarstwa polskiego wartą miliony dolarów. Jej resztki to wspomniany depozyt NBP.
Wtedy wybuchła "największa i najgłośniejsza afera początków III RP" (porównywalna tylko ze sprawą FOZZ) - afera z oscylatorem. Prezydent Lech Wałęsa - mając Bagsika i Gąsiorowskiego na myśli - zapowiedział, że "puści aferzystów w skarpetkach". Nie zdążył. W lipcu 1991 r. Bagsik i Gąsiorowski wsiedli w samolot. W bagażu podręcznym mieli walizkę z pięniędzmi. Prokurator obliczył potem, że wywieźli i przelali na konta za granicą ok. 120 mln zł.
Czy to polityk PC Maciej Zalewski, ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, ostrzegł ich przed grożącym aresztowaniem? Już się nie dowiemy - sądowy proces tego nie wyjaśnił. Zalewski jednak współpracę z Art-B (wymuszenie pożyczek dla powiązanej z PC spółki Telegraf) przypłacił wyrokiem dwóch i pół roku więzienia.
W 1994 r. Bagsik został aresztowany na lotnisku w Zurychu, w 1996 r. wydalony do Polski. Gąsiorowski do dziś ścigany jest międzynarodowym listem gończym. Izrael, którego dostał obywatelstwo, nie zgodził się na jego ekstradycję. Polska po dziewięciu latach starań o jego wydanie zrezygnowała. Do mediów przebijają się o Gąsiorowskim nieliczne informacje. A to, że kilka miesięcy przesiedział w więzieniu wplątany w aferę z lewymi kartami kredytowymi. A to, że zapowiedział, iż do Polski wróci... w 2031 r.
Jesienią 2000 r. byłem wśród dziennikarzy w warszawskim sądzie, przez który przedzierał się niewysoki mężczyzna w jednorzędowej marynarce z opadającą na czoło grzywką. - To wyrok matematyczny - rzucił, bo szybciej niż inni obliczył, że dziewięć lat więzienia, na które właśnie został skazany, daje mu szansę, że nie znajdzie się już za kratkami (cztery i pół roku przesiedział w areszcie, miał szansę na warunkowe zwolnienie). Pomylił się.
Bagsika, bo on to był, sąd uznał za winnego oszustwa na szkodę Banku Handlowo-Kredytowego (BHK). Chodziło o oscylator. Nie Bagsik i Gąsiorowski go wymyślili. Ale to oni najlepiej w latach 1990-91 wykorzystali fakt, że banki wolno przekazywały pieniądze, a jeszcze wolniej je księgowały. Używając auta lub śmigłowca, można było wystawić czek w banku A i po godzinie zrealizować go w banku B. Nim banki wymieniły dokumenty, pieniądze przez kilkanaście dni leżały na oprocentowanym rachunku w banku A, by nie powodować zatorów płatniczych, a bank B odpowiednią sumę (kredytowaną przez NBP) przelewał na również oprocentowane konto u siebie. Art-B przerzuciło 6,2 tys. czeków między kilkudziesięcioma bankami. Każdy bank dopisywał odsetki. Spółka zarobiła na tym ok. 10 mln dol. Tyle tylko że mając prawo wystawiania czeków ponad stan rachunku, z debetem, rozmnożyła je tak, że w chwili gdy prezesi Art-B uciekali z Polski, na koncie spółki w BHK we Wrocławiu był astronomiczny debet - 4,2 bln starych złotych (równowartość 424 mln 250 tys. 27 zł i 77 gr). Clou sprawy był nie oscylator - stosowany też przez inne banki - ale to, że czeki nie miały pokrycia. Oparte były na wyłudzonych - m.in. za łapówki - gwarancjach bankowych.
Przed sądem Bagsik te operacje nazwał "grą na instrumentach finansowych". "Gazeta" przezwała go wtedy multiinstrumentalistą. Mówił, że jest niewinny, że w wyniku "afery" nikt nie został poszkodowany. A jeśli "nie ma trupa, nie ma morderstwa". Bronił się sam. "Sam zaśpiewał główną arię" - jak to określił potem sędzia Sądu Najwyższego. Zaśpiewał cienko. Został wtrącony do więzienia jeszcze na dwa lata. Bo BHK upadł, a jego wierzyciel - NBP - przejął resztki kolekcji Art-B (Renoir, Picasso, Malczewski).
Zanim jednak - w sierpniu 2002 r. - Bagsik stawił się w zakładzie karnym, media obiegły informacje, że wcześniej w Zakładach Futrzarskich w Kurowie zatrudnił go na stanowisku prezesa Wiesław P. - "Wicek", bliski znajomy "Pershinga", jednego z najsłynniejszych polskich gangsterów. Prokuratura badała też, czy Bagsik nie popełnił kilku przestępstw na szkodę Kurowa, ale umorzyła sprawę. Bagsik miał też doradzać Janowi Janikowi, byłemu prezesowi PKP oskarżonemu w tzw. aferze wekslowej. Dwa lata temu zrobiło się o nim głośno, gdy objawił się w świecie boksu zawodowego jako promotor najlepszego polskiego pięściarza Tomasza Adamka. Skończyło się na awanturze o pieniądze. Bo czegokolwiek były stroiciel fortepianów się tknął, pobrzmiewała w tym fałszywa nuta.
Wychodzi na to, że jedynym pożytkiem z działalności panów Bagsika i Gąsiorowskiego jest owa kolekcja malarstwa, którą bez własnej woli zostawili narodowi. Plus czas poświęcony przez Bagsika dzieciom z Niska koło Stalowej Woli, które podczas odsiadki w półotwartym zakładzie karnym z dobrego serca douczał angielskiego.