Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
Ahmadineżad miał wygrać w Tebrizie zamieszkanym przez Azerów, skąd pochodzi przegrany Mir Husajn Musawi. W poprzednich wyborach Azerowie głosowali na "swoich", nawet gdy nie mieli oni szans. W Rafsandżanie, gdzie urodził się ajatollah Haszemi Rafsandżani, potężny stronnik Musawiego, prezydent zdobył 90 proc. głosów!
Takie liczby stawiają nad wyborami znak zapytania. Tym większy, że wyniki podliczało ministerstwo spraw wewnętrznych podległe prezydentowi.
Ale ostrożnie. Ahmadineżad, który na Zachodzie uchodzi za szaleńca lub co najmniej ekscentryka, ma w Iranie miliony fanów. Teherańskie elity go wyśmiewają, ale dla milionów biedaków z miasteczek, wiosek i dzielnic robotniczych jest trybunem ludowym, który służy ludziom i łapie złodziei.
Bo w Iranie są dziś dwa typy frustracji. Pierwszy - nie mamy wolności, a nasze żony i dziewczyny muszą chodzić w czadorach - odczuwają zamożniejsi i inteligencja. Drugi - żyjemy w nędzy, bo mułłowie i urzędnicy kradną - przeżywa biedota. Klasa rządzących duchownych jest powszechnie znienawidzona m.in. za to, że ideały rewolucji zamieniła na majątki, w niektórych przypadkach - bajeczne. Obie te frustracje pchnęły ludzi do głosowania, stąd frekwencja rekordowa w skali świata - 84 proc.
Całkiem możliwe, że Ahmadineżad, który jak nikt potrafi frustrację biedoty zamienić na głosy, rzeczywiście wygrał.
Kampanię wyborczą prowadzi praktycznie od czterech lat: jeździ po irańskiej prowincji, rozmawia z ludźmi na wiecach i niczym król rozdaje pieniądze i.... ziemniaki (tej wiosny - już 500 tys. ton). Szczyci się, że jest synem kowala i żyje skromnie. Jako burmistrz Teheranu jeździł kilkunastoletnim gratem. Ubrany w zwykłą kurtkę powtarza na wiecach: jestem waszym sługą! Opowiada ludziom to, co mówią między sobą, że władza kradnie (poza nim samym, oczywiście). I że
Izrael ma zniknąć z mapy.
Na Zachodzie Ahmadineżada widzimy jako produkt i ostoję systemu ajatollahów. Ale dla wielu Irańczyków pozostaje on buntownikiem przeciw skorumpowanej władzy! Tuż przed wyborami, gdy porażka zajrzała mu w oczy, zagrał va banque: w telewizji oskarżył bajecznie bogatego Rafsandżaniego i innych dygnitarzy o złodziejstwo, wymieniając ich z nazwiska. Powiedział głośno to, o czym Irańczycy szepczą od lat.
Prezydent, który po czterech latach rządów przekonał miliony, że buntuje się przeciw władzy, jest pierwszym cudem irańskich wyborów. Czy były jeszcze inne cuda nad urną? Nigdy się nie dowiemy.
Ale wybory, nad którymi wisi znak zapytania, są klęską ajatollahów. Zamiast rozładować napięcia (do czego zwykle służą wybory), doprowadziły do zamieszek i aresztowań. Doprawdy surrealistycznie wyglądało przemówienie Ahmadineżada, który z uśmiechem ogłaszał zwycięstwo narodu irańskiego i roztaczał wizję świetlanej przyszłości budowanej wspólnie z młodzieżą. W chwili gdy wypowiadał te słowa,
policja pałowała młodzież na ulicach Teheranu.