Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
- Uciekajcie na górę, uciekajcie! Biją ludzi, popychają, wiejcie jak najszybciej! - krzyczeli w sobotę wieczorem na głównej alei Teheranu - bulwarze Waliasr. Z dołu, z placu Wanak, szli wzburzeni ludzie. Chłopak z poranioną ręką opowiadał, jak zasłonił kobietę w ciąży. Zwrócił się do policjanta, żeby jej nie popychał, i oboje dostali pałą. On w rękę, ona - w twarz. Pół godziny wcześniej kawiarnie na Waliasr zaczęły wypraszać klientów. - Dostaliśmy rozkaz: zamykać - tłumaczyli kelnerzy.
Na nitce jezdni do placu Wanak korek. Kierowcy trąbili, wystawiali palce ułożone w "V", powiewali zielonymi wstążkami. Ktoś rozdawał plakaty z Mirem Husajnem Musawim, na którego głosował prawie cały północny Teheran i który rano ogłosił, że wybory zostały sfałszowane. Oficjalne wyniki podane przez komisję wyborczą przy MSW zaskoczyły wszystkich w Teheranie: urzędujący prezydent Mahmud Ahmadineżad - 62 proc. głosów, Musawi - 34 proc. (dwaj pozostali nie liczyli się wcale).
Największe od 10 lat starcia tysięcy demonstrantów z policją trwały przez całą sobotę. Niepotwierdzone doniesienia mówią o trzech ofiarach śmiertelnych i dziesiątkach rannych. Władze wyłączyły sieci telefonii komórkowej, by uniemożliwić porozumiewanie się.
Zachód liczył na to, że po czterech latach Irańczycy odrzucą buńczucznego prezydenta, który przepowiadał zniknięcie Izraela z mapy. Ale wczorajsze komentarze były ostrożne. - Mamy nadzieję, że wyniki odzwierciedlają wolę narodu irańskiego - mówiła sekretarz stanu
USA Hillary Clinton.
Unia Europejska zaniepokoiła się "nieprawidłowościami podczas głosowania i brutalnym tłumieniem protestów", ale wezwała do wznowienia dialogu o irańskim programie atomowym.
Tymczasem na niedzielnej konferencji prasowej pokazał się stary, dobrze znany Ahmadineżad. - Każdy, kto zaatakuje
Iran, srodze tego pożałuje - postraszył. Wybory były uczciwe - ogłosił. Zapowiedział kontynuowanie programu atomowego mimo protestów Zachodu.
I wszystko byłoby po staremu, gdyby nie oburzeni zwolennicy Musawiego, którzy znów wyszli na bulwar Waliasr. Ale klaksony samochodów ucichły w jednej chwili, kiedy przejechała policyjna kolumna. Na moment zapadła cisza. Ludzie stanęli jak sparaliżowani - Teraz trąbią. Jutro o wszystkim zapomną - szepnęła Lana, urzędniczka w banku. Lana nie głosowała: - Głosujesz, legitymizujesz system. Pokazujesz im, że taka gra ci odpowiada.
Wielu Irańczyków myśli jak Lana, ale przed wyborami zmienili zdanie i zagłosowali po raz pierwszy w życiu. W zielonym karnawale Musawiego (kolorem jego kampanii był zielony) uwierzyli, że zmiany są możliwe. Przez 10 dni kampanii można było krytykować reżim i bawić się na ulicach. W sobotę karnawał się skończył. Skończyły się marzenia.
Domy dwóch kandydatów - Musawiego i Mehdiego Karubiego - otoczyła policja. 200 osób - w tym wielu polityków opozycji - aresztowano. - W Iranie każdy ma prawo mówić, co chce. Tylko jak już coś powiesz, to tracisz wszystkie prawa - mawiają Irańczycy.
Zamieszki trwały całą sobotę, wieczorem Musawi wezwał zwolenników, żeby "kontynuowali pokojowe protesty". W nocy młodzi palili opony i śmieci. W niedzielę rano miasto sprzątnięto, ale na bulwarze Waliasr było mnóstwo policji w mundurach i po cywilnemu. W powietrzu gaz łzawiący, wszyscy kaszlą. Kiedy razem z irańską koleżanką i kanadyjskim dziennikarzem zbliżamy się do kordonu, rzuca się na nas kilku. Kanadyjczyka okładają pałkami, nas dwie popychają do taksówki. Za nami wsiada dwóch. Ruszamy.
Taksówką z policjantami jedziemy pod ministerstwo spraw wewnętrznych. Tam prowadzą nas przed dwóch tajniaków. Gdy okazuje się, że nie robiłam zdjęć, wsadzają mnie znów w taksówkę i każą jechać do hotelu. Irańską dziewczynę też puszczają wolno. Nie wiem, co stało się z Kanadyjczykiem. Nie pojawił się w hotelu, w którym mieszkał.
Kilka godzin wcześniej, w niedzielę rano, demonstracja była również przed MSW, bo tutaj policzono głosy i ogłoszono wyniki. Kilkuset młodych ludzi w zielonych maskach przeciwkurzowych krzyczało: - Hemojat! Hemojet! Wsparcie! Dla Musawiego oczywiście.
- Przyjechałem do Teheranu specjalnie po to, żeby demonstrować - mówił mi jeden z nich, chłopak z Ahwazu. - U nas było tak samo jak tutaj. W piątek wszyscy głosowaliśmy na Musawiego, a jak się obudziliśmy w sobotę, zwycięzcą był Ahmadineżad!
Z drugiej strony budynku zbierały się siły specjalne i policja. Po godzinie, gdy już pas jezdni przed demonstrantami został zamknięty i oczyszczony z samochodów, policja ruszyła do ataku. W kilka minut rozgonili protestujących. Na motocyklach i z gumowymi palami w rękach ruszyli w pościg za resztkami demonstrantów i przypadkowymi gapiami.
Takie sceny rozgrywały się na kilku centralnych ulicach i placach Teheranu. W jednym przypadku policja podobno strzelała na postrach w powietrze, świadkowie opowiadają o jednej ofierze śmiertelnej. W sobotę w nocy ogniu stanęły śmietniki, nad całym miastem unosił się swąd spalenizny. Powybijane wystawy sklepowe, ślady po prowizorycznych barykadach na niektórych ulicach.
Telefony komórkowe zostały wyłączone, odcięte zostały niektóre strony internetowe, np. perska wersja BBC, która relacjonowała zamieszki. Telewizja irańska pokazywała ludzi szczęśliwych, że mogli znów głosować na prezydenta.
Wśród demonstrantów na ulicach Teheranu krążyły w niedzielę ulotki z rzekomo prawdziwymi wynikami: Musawi - 19 mln głosów, Ahmadineżad - 18 mln. Również w niedzielę Musawi oficjalnie zażądał od Rady Strażników, ciała konstytucyjnego nadzorującego wybory, anulowania głosowania. - Oszukane wybory podważyły legitymacje Islamskiej Republiki! Wzywam naród irański do kontynuowania pokojowych protestów! - ogłosił.
Tymczasem ajatollah Haszemi Rafsandżani, potężny sojusznik Musawiego i sponsor jego kampanii, pozwał Ahmadineżada do sądu za to, że prezydent w telewizji nazwał go złodziejem.
W całym Teheranie panuje przekonanie, że oficjalne wyniki wyborów zostały sfałszowane. Mówi o tym cale miasto. Podaje się także przykład innego kandydata, Mehdiego Karubiego. On obiecywał największe zmiany, np. zniesienie obowiązku noszenia hidżabu, zaskarbiając sobie sympatię liberalnie nastawionych teherańczyków. Wielu nie głosowało na niego tylko dlatego, że uważało, iż to Musawi ma większe szanse pokonać Ahmadineżada. Czy to możliwe, żeby dostał tylko 300 tys. głosów, jak ogłosiła komisja?
- Karubiego popierały mniejszości, bo sam jest Lorem i obiecywał wstawić się za nimi, popierał go jego region, to już samo daje więcej niż milion głosów - debatowali pasażerowie zbiorowej taksówki, którą jechałam. Niektórzy są rozczarowani, że w ogóle poszli głosować. - Próbowali wmówić ludziom, że republikę islamską można zmieniać stopniowo. Dziś widać, że można ją tylko odrzucić. W całości. Paradoksalnie cała ta sytuacja tylko przybliża moment, kiedy to będzie możliwe - uważa Lana, urzędniczka bankowa.
Jednocześnie wielu Irańczyków, tych biedniejszych i gorzej wykształconych, rzeczywiście cieszy się ze zwycięstwa Ahmadineżada. Wczoraj po południu tysiące ludzi świętowało jego reelekcję. Dla nich to on jest ucieleśnieniem sprawiedliwego władcy, który atakuje bogatych oficjeli reżimu. Ahmadineżada nazywają pieszczotliwie po imieniu - Mahmud.
Mahmud wygląda jak jeden z nich, jest dowodem na to, że w republice islamskiej nawet taki prosty, skromny człowiek może dojść do wysokiego stanowiska.
Przepaść między protestującymi na ulicach Teheranu w obronie Musawiego reprezentantami klasy średniej a wyborcami Ahmadineżada jest ogromna. Nie pomogą jej zasypać irańscy intelektualiści, którzy żyją w północnym Teheranie w swoim świecie, poza reżimem, poza resztą społeczeństwa, jak przybysze z innego państwa.