- Uciekajcie na górę, uciekajcie. Biją ludzi, popychają, wiejcie stąd jak najszybciej - krzyczeli ludzie na głównej alei Teheranu, bulwarze Waliasr, w sobotę około w pół do siódmej wieczorem. Z dołu, od strony placu Wanak szli wzburzeni ludzie. Chłopak z poranioną ręką opowiadał, że chciał zasłonić ciężarną kobietę. Zwrócił się do zomowca, żeby jej nie popychał i wtedy zarówno on, jak ciężarna dostali pałą. Jego trafiło w rękę, kobieta dostała po twarzy.
Pół godziny przedtem kawiarnie położone w północnej części Walisar zaczęły wypraszać klientów. - Dostaliśmy rozkaz zamykać - tłumaczyli kelnerzy gościom kończącym pospiesznie posiłki. Nitka jezdni prowadząca od strony Wanak była prawie pusta. Ta w drugą stronę stanęła w korku. Ludzie zaczęli trąbić. Wystawiali ręce z palcami ułożonymi w literę V, powiewali zielonymi wstążkami. W pewnym momencie ktoś zaczął rozdawać kierowcom plakaty z Mir Husejnem Musawim, na którego głosowała większość mieszkańców północnego Teheranu i który tego samego dnia rano, po opublikowaniu niekorzystnych dla niego wyników (ponad 65 proc dla urzędującego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, co dało mu zwycięstwo w pierwszej turze) ogłosił, że wybory zostały sfałszowane, bo to on jest prawdziwym zwycięzcą. - Oszukane wybory podważyły legitymację islamskiej republiki - pisał w oświadczeniu, które koło południa pojawiło się na stronie internetowej jego kampanii Sedatema (nasz sztab).
Po chwili Waliasrem od strony Wanaku przejechała kolumna zomowców. Na motorach, posadzeni dwójkami, w pełnym uzbrojeniu. Pleksiglasowe tarcze, chełmy, ochraniacze na nogi i pały gumowe w rękach. Ludzie na ulicy stanęli jak sparaliżowani, gdy kolumna odjechała w stronę Północnego placu Tadzrisz, znów rozległy się klaksony.
- Teraz trąbią. Jutro o wszystkim zapomną - szepnęła do mnie Lana, na co dzień urzędniczka w prywatnym banku. Lana nie głosowała: - Głosujesz - legitymizujesz system. Pokazujesz im, że taka
gra ci odpowiada. Cześć Teherańczyków myśli jak Lana. Uważają, że system należy odrzucić, a nie próbować liberalizować. Wielu z tych, którzy głosowali, robiło to po raz pierwszy w życiu. Z Musawim, z jego zielonym karnawałem (kolorem kampanii kandydata był zielony) uwierzyli, że zmiany w republice islamskiej są możliwe. Przez 10 dni można było krytykować reżim, obrzucać się błotem, jak robili to kandydaci nawzajem w transmitowanych przez publiczną telewizję debatach. Dziś już niektórzy z nich siedzą w areszcie. Skończył się karnawał. Skończyły się marzenia. Po południu jedna z aktywistek sztabu Mehdiego Karrubiego, który według oficjalnych doniesień dostał zaledwie 300 tysięcy głosów, powiedziała mi, że zarówno Karrubi, jak i jego najbardziej znany współpracownik Golam Husejn Kiarbazczi, są w areszcie domowym. Ich
domy otoczył kordon policji.
- W Iranie każdy ma prawo mówić co chce. Tylko, jak już coś powie, to traci wszystkie prawa - mawiają Irańczycy. Dzisiejszy dzień pokazał, że mają rację.