"Nowa baza IPN ułatwi lustrację" - pisze
"Rzeczpospolita". Sprawie poświęca prawie całą pierwszą stronę, komentarz na drugiej oraz obszerny materiał w środku.
Jest więc pewnym osiągnięciem warsztatowym, że trudno z tych tekstów się dowiedzieć, czym właściwie będzie nowa baza IPN. Wiadomo, że będą w niej nazwiska - ale czyje? Wszystkich osób, którymi interesowała się UB i SB przez 40 lat? Chyba nie, bo to tytaniczna praca na dziesięciolecia. Agentów? "To nie lista agentów" - pisze "Rz". "W bazie znajdą się również osoby inwigilowane przez PRL-owską bezpiekę lub takie, które SB próbowała bezskutecznie zwerbować do współpracy."
Równocześnie jednak baza ma być jakimś narzędziem lustracyjnym. Pisze "Rzeczpospolita": "Badacze z IPN mówią, że nowa baza danych oferuje znacznie większe możliwości niż tzw. lista Wildsteina, jak potocznie nazywano dostępne obecnie katalogi instytutu. Dzięki niej będzie można odtworzyć część informacji ze zniszczonych teczek SB. Na przykład teczki księży, którzy donosili, zostały unicestwione w ponad 90 procentach".
Dla porządku przypominam, że stwierdzenie, kto był agentem, a kto nie, okazywało się często trudne nawet w przypadkach, w których dokumentacja była względnie kompletna. Istniało wiele różnych form współpracy z SB, ludzie, którzy godzili się na współpracę, po jakimś czasie odmawiali itd.
Dlatego bez sensu są żale Dominika Zdorta, który w redakcyjnym komentarzu
pisze: "Jeśli można mieć o coś do Instytutu żal, to tylko o to, że nowe narzędzie będzie na razie dostępne jedynie dla nielicznych [...] Dlaczego zwykły obywatel nie miałby prawa sprawdzić, czyje nazwisko - i w jakim charakterze - pojawiało się w kartotekach SB?"
Odpowiadam: z katalogu archiwalnego "zwykły obywatel" po prostu nie dowie się, "w jakim charakterze" pojawia się dane nazwisko w kartotekach SB. Bo to tylko katalog. Do ustalenia, czy ktoś był agentem, czy nie był, nie wystarczy.
Brak jednolitego katalogu archiwalnego z prawdziwego zdarzenia był, nawiasem mówiąc, piętą achillesową IPN od samego początku. O ile jednak wcześniej można to było usprawiedliwiać tym, że instytut odziedziczył potworny bałagan w aktach, w miarę upływu czasu stawało się to kompromitujące (a przede wszystkim bardzo utrudniało pracę historykom). Korzystałem z akt IPN w latach 2004-2005, i w wówczas tym, co musiało mi wystarczyć, były tabelki w Excelu z dość przypadkowymi opisami teczek (nie, nie zaglądałem to teczek osobowych, zajmowałem się
czym innym. Wielokrotnie zdarzało się, że zawartość teczki nie odpowiadała opisowi - np. że trafiałem na dokumenty, których w niej nie powinno być, bo dotyczyły w ogóle innej sprawy i innych osób. Z pracy w archiwum IPN pozostało mi w pamięci wrażenie frustrującego bałaganu - i czekania, bo trzeba było długimi tygodniami czekać na dostęp do zamówionych teczek.
Być może teraz historykom będzie łatwiej. Ale radość lustratorów jest, najprawdopodobniej (jeżeli to rzeczywiście katalog, a nie jakiś inny dziwny wynalazek), przedwczesna.
* Interesującą informację o pracach Platformy Obywatelskiej nad reformą IPN podaje
"Dziennik". "Partia Donalda Tuska powierzyła prace nad ostatecznym kształtem projektu historykowi, który bardzo dobrze zna realia IPN. Projekt ma być jeszcze konsultowany z innymi historykami [...] Prezes będzie musiał podzielić się władzą z kolegium IPN [...] PO nawet nie przymierza się do spełnienia przedwyborczych obietnic, aby otworzyć dostęp do archiwów IPN dla wszystkich obywateli. Pomysł, aby umieścić archiwa w internecie, w ogóle nie jest rozważany. Nie ma też zamiaru wydzielić z instytutu działu prokuratorskiego".
Przesłanie: zmiany w IPN będą, ale głównie kadrowe i nie od razu. Kurtyka doczeka do końca kadencji i potem zostanie wymieniony na kogoś - jak można sądzić - o bardziej umiarkowanych, co pewnie też znaczy bliższych PO, poglądach politycznych. Obstawiałbym kandydaturę owego "historyka, który bardzo dobrze zna realia IPN", a do którego PO ma dość zaufania, że powierza mu pracę nad projektem poprawionej ustawy o instytucie.
* Gazety zajmują się także sprawą domniemanego pobicia Anny Cugier-Kotki, aktorki, która występowała w spotach wyborczych PO w przedostatnich wyborach, a w ostatnich zmieniła barwy klubowe i zaczęła reklamować konkurencję. W samej sytuacji nie widzę zresztą żadnego powodu do zgorszenia: są politycy, którzy znacznie częściej potrafią zmieniać partyjne sympatie, i nikt nie wydaje im się mieć im tego za złe.
Pobicie aktorki za to, że występowała w spocie PiS, byłoby - oczywiście - skandalem. Nie jest jednak jasne, czy do niego doszło, i jak całe zajście wyglądało, bo ofiara podaje sprzeczne wersje (napastnik był jeden - albo było ich trzech; nie zapamiętała, jak wyglądali, ale zapamiętała, że "z twarzy wyglądali na wykształconych" - co to zresztą w ogóle znaczy: "wyglądali na wykształconych"?). Nie wiadomo, dlaczego nie złożyła oficjalnego zgłoszenia, ile razy próbowała się dodzwonić na policję (aktorka twierdzi, że kilka razy, policja - że raz, co wydają się potwierdzać informacje uzyskane przez dziennikarzy).
Wszystkie te nieścisłości wyciągają gazety.
"Super Express" zajmuje się także stanem psychicznym aktorki: "Cień na całą sprawę rzucają sensacyjne informacje [...] Otóż okazuje się, że w marcu policja otrzymała telefoniczne zawiadomienie od koleżanki aktorki z Częstochowy, że Cugier-Kotka straciła pracę, ma problemy i chce się targnąć na swoje życie. Policjanci udali się pod wskazany adres, gdzie zastali aktorkę. Była pod wpływem alkoholu i w fatalnym stanie psychicznym. [...] Czy aktorka ma depresję? Czy rzeczywiście chciała popełnić samobójstwo?".
"Idziemy w stronę Białorusi" - grzmiał Jarosław Kaczyński na wieść o pobiciu aktorki. Sprawę trzeba wyjaśnić, ale ta reakcja wydaje się - mówiąc delikatnie - nieco pochopna.