Agnieszka Kublik: W Polsce liczą się tylko dwa ugrupowania: PO i PiS. Tak jest od wyborów parlamentarnych i prezydenckich 2005 r. Prof. Jacek Raciborski: Rzeczywiście mamy zamknięty system partyjny, ale nie jest to już podział na postkomunę i post-"Solidarność". Tamten był zakorzeniony w historii. Dziś przeszłość przełomu 1989 r. została unieważniona. Podziału nie wyznacza już stosunek do tzw. komuny. Obie partie - PO i
PSL - mają ten sam solidarnościowy rodowód.
To co wyznacza ten podział? - Trudne pytanie. Wyborców obu partii najbardziej chyba dzielą kryteria modernizacyjne. PO ma promodernizacyjny elektorat, ludzi lepiej wykształconych, zamożniejszych, mieszkających w miastach, na zachodzie Polski.
A geograficznie gdzie przebiega granica podziału? - Wzdłuż Wisły.
Wcześniej socjologowie zauważali, że poparcie dla partii politycznych jest zbieżne z dawnymi zaborami. - Ten związek stracił na znaczeniu. Teraz uwyraźnił się podział według kryteriów modernizacji. Poziom rozwoju cywilizacyjnego jest wyższy za zachód od Wisły. I niższy na wschód, gdzie towarzyszy mu dominacja postaw narodowo-katolickich. Znaczenie ma także religijność - im wyższa, tym wyższe poparcie dla PiS (i dla PSL).
To nie jest zbyt poprawne, co powiem, ale uwyraźnił się stary podział na Polskę A i B.
Czyli na PiS głosowała Polska B. To dla PiS nie jest dobra wiadomość. - Wbrew pozorom PiS nie musi się martwić. Przy niskiej frekwencji osiągnął dobry wynik. W grupach beneficjentów przemian (to wyborcy PO) frekwencja jest wyższa niż w grupach gorzej usytuowanych (to wyborcy PiS). Można więc prognozować, że wzrost frekwencji przyniósłby PiS lepszy rezultat.
Ale to PO wygrała wybory, choć rządzi już od półtora roku i mamy kryzys. - Wybory pokazały, że partie nauczyły się zarządzać opinią publiczną i mediami. Kryzys został zdefiniowany przez PO jako coś z zewnątrz, jako dopust boży. I tak przedstawiony działa na korzyść Platformy. Od dawna wiadomo, że umiejętność zarządzania kryzysem przynosi wyborcze profity. Nieszczęście bywa matką sukcesu wyborczego.
Wygrały partie, które na co dzień się ze sobą strasznie kłócą. - A ja uważam, że im dobrze ze sobą. Jedna żywi drugą. Socjologowie opisują to jako system partii kartelowych, które wzajemnie definiują swoje pozycje, ich szanse są wynikiem sytuacji w tej drugiej partii. I mają wspólne interesy.
Zaletą takiego układu może być nawet sprawność rządzenia. Ale może on doprowadzić do apatii społeczeństwa, do jego depolityzacji, bo niepokoje, obawy, gniew ludzi nie będą przenoszone na poziom polityki i nie znajdą ujścia. Mogą się pojawić ugrupowania, które zagospodarują ten gniew.
Partie nacjonalistyczne, populistyczne, demagogiczne? - Tak. Zwłaszcza gdyby pogarszała się sytuacja gospodarcza.
PO i PiS traktowały te wybory jako próbę generalną przed wyborami prezydenckimi 2010. Wygrana PO to znak, że Donald Tusk będzie prezydentem? - Tusk ma większe szanse niż
Lech Kaczyński. Ale eurowybory są też ostrzeżeniem dla Platformy: kampania prezydencka to nie będzie spacerek. PiS trzyma się nadzwyczajnie dobrze i może zyskiwać, gdyby kryzys się pogłębiał.