Nie pomógł ani
Lech Wałęsa, ani czas antenowy, jaki Libertas dostał od
TVP za darmo. Wałęsa dwa razy pojechał na konwencje Libertasu, do Rzymu i Madrytu (za sowitą opłatę, mówiło się nawet o 100 tys. euro). Tłumaczył, że popiera tych, co mają inne zdanie niż większość. Trudno to było pojąć, bo w Polsce Wałęsa deklarował, że popiera PO. Z list Platformy kandydował zresztą z powodzeniem jego syn Jarosław.
Artur Zawisza, który startował z list Libertasu, szczerze przyznał w niedzielę wieczorem, że Libertas świadomie Wałęsę wykorzystał: "Wałęsa nie był treścią naszej kampanii, ale dźwignią pozwalającą nam mocniej zaistnieć w świadomości społecznej. Ten eksperyment się powiódł".
Nie powiódł się za to eksperyment z TVP.
Telewizja publiczna rządzona przez związanego z Libertasem Piotra Farfała jawnie robiła tej partii kampanię wyborczą. Politycy startujący z list Libertasu byli zapraszani do programów TVP częściej niż inni kandydaci. "W głównym wydaniu "Wiadomości" informacje o kampanii Libertasu były prezentowane na pierwszym lub drugim miejscu, by u widza wywołać przekonanie, że to jedna z ważniejszych sił politycznych w Polsce. By widz TVP nie miał co do tego wątpliwości, w TVP zakazano publikowania sondaży. Bo w sondażach - jak i w wyborach - Libertas balansował wokół procentowego poparcia. Ani TVP Info, ani żaden z programów informacyjnych nie podały wyników żadnego sondażu przedwyborczego, choć żyły nimi codziennie wszystkie inne media. - Takiej cenzury po 1989 r. nie było! - alarmowali dziennikarze TVP.
Na darmo. Telewizja publiczna do ostatniej chwili lansowała Libertas.
Wyniki wyborczego sondażu, w którym Libertas dostał ledwie 1 proc. głosów, w sztabie partii przyjęto ciszą. Zawisza pocieszał kolegów: "Nic się nie kończy, wszystko się zaczyna".