Rozmowa z Aleksandrem Smolarem*
Marcin Wojciechowski: Co jest ważniejsze: rekordowo niska frekwencja, słaby wynik lewicy mimo światowego kryzysu gospodarczego czy sukces prawicowych ekstremistów w niektórych krajach?
Aleksander Smolar: Wszystkie trzy elementy są ważne. Frekwencja w eurowyborach spada systematycznie od 1979 r. To nie przypadek, ale długookresowe zjawisko, które powinno dać europejskim politykom do myślenia.
Jeśli chodzi o kryzys, to mniej więcej znamy już jego rozmiary ekonomiczne i społeczne, ale dotąd nie było wiadomo, jakie będą jego koszty polityczne. To ważne, bo kryzys lat 30. otworzył drogę brunatnym i czerwonym totalitaryzmom. Wszyscy przecież nieustannie porównują obecny kryzys z ówczesnym.
I jak wypada to porównanie?
- Umocnienie się partii prawicowych czy też sukces partii skrajnie prawicowych w niektórych krajach nie oznacza jednak wzrostu radykalizacji politycznej w Europie. Mamy ogólne przesunięcie na prawo z wyjątkiem Grecji i Słowacji. Partie lewicowe straciły wpływy na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Niemczech, ale traci także lewica będąca w opozycji, np. socjaliści we Francji. Jest trochę radykałów i eurosceptyków, ale to nie są na tyle silne zjawiska, by mówić o jakieś masowości.
W Wielkiej Brytanii po raz pierwszy deputowanych będzie miała skrajna prawica, a eurosceptyczni torysi wygrali wybory.
- Tak samo jak sukces Prawdziwych Finów i sukces ugrupowań antyimigracyjnych w Holandii, Austrii, Danii, na Węgrzech i w Bułgarii. Hasła antyimigranckie i antytureckie zasilają partie skrajne. Wzmocniła się także populistyczna i nacjonalistyczna Liga Północna we Włoszech. Ale mimo wszystko nie wydaje mi się, by sukces radykałów rzutował na przemiany w Europie w najbliższych latach.
Skąd to przesunięcie na prawo w czasie kryzysu gospodarczego, który powinien przecież sprzyjać lewicy?
- Partie prawicowe przejmują lewicowy język antyliberalny wzywający do większej roli państwa w gospodarce. Lewica nie jest zdolna do zagospodarowania przynajmniej części głosów niezadowolonych. Być może dlatego, że w wielu krajach współrządziła i ponosi jakąś odpowiedzialność za kryzys.
Wielkie partie lewicowe są partiami establishmentu, nie używają jawnie antyliberalnego, antysystemowego języka. Drugi powód ich klęski to brak wiary wyborców, że lewicowa alternatywa może okazać się skuteczna. Obywatele rozumieją globalny mechanizm tego kryzysu i nie bardzo wierzą, że przez radykalne zmiany ustrojowe coś się uda poprawić. Wyborcy mają większe zaufanie do prawicy. Nie ma popytu na wielką zmianę systemową. Wyborcy raczej utożsamiają się z koniecznością poprawy obecnego systemu, ale bez gwałtownych ruchów.
Może lewica nie ma nic do zaproponowania, może nie znalazła nowego języka?
- To prawda. Lewica nie ma nowego języka, własnej interpretacji tego, co się dzieje w świecie. Nie ma też własnego projektu europejskiego. Lewica zna ograniczenia globalnego świata. Realizm prawicy zdaje się być jednak bardziej wiarygodny. Nawet partie radykalnie lewicowe - np. we Francji komuniści i Nowa Partia Antykapitalistyczna - ledwie przekroczyły próg 5 proc. Nie ma w tej chwili lewicowej alternatywy, ale nie ma też zapotrzebowania na nową utopię w społeczeństwach europejskich.
Czy nowy PE w takim składzie będzie zdolny pogłębić integrację europejską?
- Nie liczyłbym za bardzo na jego zdecydowanie i zmiany. Ulegają wzmocnieniu eurosceptycy, siły skrajne oraz konserwatyści, z których część, np. brytyjscy torysi, jest jawnie eurosceptyczna. To stanowi poważne zagrożenie dla traktatu lizbońskiego. Dziś Irlandczycy raczej go przyjmą. Przeciwko traktatowi mogą być jednak torysi grożący, że w przypadku szybkiego dojścia do władzy na Wyspach mogą ogłosić referendum w sprawie Lizbony, choć przyjął ją już rząd i Izba Gmin. A zwycięstwo konserwatystów w brytyjskich wyborach jest prawie pewne.
Innymi słowy, jeśli wszystkie kraje UE nie ratyfikują traktatu przed wyborami w Wielkiej Brytanii, to możemy pogrążyć się w kolejnym kryzysie. To jest pierwszoplanowa sprawa, jeśli chodzi o rozważanie perspektyw europejskich.
Nie powiodła się próba wypromowania Libertasu. Ganley nie wejdzie do PE, w większości krajów Libertas nie przekroczył progu. O czym to świadczy?
- Libertas był partią złożoną. W niektórych krajach była to skrajna prawica, jak w Polsce, w innych prawica konserwatywna, jak we Francji, a w jeszcze innych, jak w Irlandii, ludzie proeuropejscy, ale kwestionujący pewne elementy procesów politycznych w UE. Libertas był zbyt wewnętrznie sprzeczny, by móc odnieść sukces. Nie da się wyeksportować partii za granicę i odnieść w ten sposób sukcesu. Tak działał Komintern, ale dziś to ekstrawagancja.
*Aleksander Smolar jest politologiem i prezesem Fundacji Stefana Batorego
Źródło: Gazeta Wyborcza