Po eurowyborach we Włoszech wszyscy wydają się być rozczarowani: rządzący Lud Wolności Silvia Berlusconiego wygrał, ale nie tak wysoko jak w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych (spadek z 37 do 35 proc. głosów). A przecież Berlusconi buńczucznie zapowiadał nawet 45 proc.
Frekwencja była rekordowa jak na Europę, ale niska jak na
Włochy (tylko 66 proc. zamiast dotychczasowych 70-80 proc.). Co gorsza, aż 6 proc. oddanych głosów było nieważnych. "Corriere della Sera" ocenia, że jest to efekt rozczarowania obywateli kampanią, która stała na wyjątkowo niskim poziomie. Jednym z głównych jej tematów były domniemane romanse premiera z nastolatkami oraz będący ich konsekwencją rozpad małżeństwa szefa rządu.
Wzrost popularności zanotował koalicyjny partner Berlusconiego - Liga Północna, której kampania koncentrowała się na podsycaniu niechęci Włochów do nielegalnych imigrantów (10 proc., wzrost o 2 proc.). Przegrała pozbawiona wyrazistego przywódcy centrolewica, która zdobyła jedynie 26 proc. głosów (o 7 proc. mniej niż w wyborach krajowych rok temu).
W Hiszpanii rządzący socjaliści przegrali (38 proc.), ale na tyle nieznacznie, że w zwycięskiej Partii Ludowej (42 proc.) również było wielu rozczarowanych. Socjaliści osiągnęli przyzwoity wynik, byli lepsi niż np. ich ideowi pobratymcy w innych krajach Unii, mimo iż
bezrobocie w ciągu ostatnich dwóch lat niemal się podwoiło, osiągając rekordowe w Unii Europejskiej 18 proc.
Wielu analityków przyczyn upatruje w tym, że przywódca ludowców Mariano Rajoy pozbawiony jest charyzmy i nie potrafi przekuć niepowodzeń gospodarczych rządu na wyraźny wzrost popularności swojej partii. Dziennik "El Pais" żartuje nawet, że taki przywódca opozycji jest największym atutem rządu, często oskarżanego o niezdecydowanie w walce z kryzysem, którego długo lewicowy rząd w ogóle nie chciał przyjąć do wiadomości.
Prawicowy
dziennik "El Mundo" twierdzi jednak, że zwycięstwo, nawet tak umiarkowane, wzmacnia podważane przed wyborami przywództwo Rajoya. "Pokazał, że może pobić premiera José Luisa Rodrigueza Zapatero również za trzy lata, w wyborach krajowych" - komentuje dziennik.
W Portugalii największym przegranym jest premier José Socrates, któremu marzy się zwycięstwo w październikowych wyborach parlamentarnych i przedłużenie rządów. Jego socjaliści zebrali w niedzielę tylko 27 proc., o 18 mniej niż w ostatnich wyborach do parlamentu w 2005 r.
Konserwatywni socjaldemokraci z wynikiem 32 proc. zachowali stan posiadania, ale w obliczu klęski socjalistów, wyszli na prowadzenie. Wielkie zwycięstwo odnieśli komuniści, którzy razem z zielonymi zgarnęli 11 proc. głosów, najwięcej w ostatnich 15 latach. - Głosujący potępili politykę socjalistów - mówił szef komunistów Jeronimo de Sousa. Premier Socrates w ostatnich latach konsekwentnie zmniejszał
deficyt budżetowy, ograniczając wydatki sektora państwowego, reformując szkolnictwo i system emerytalny, co przyniosło mu popularność wśród finansistów, ale odebrało - wśród urzędników. Niezadowolenie powiększyło jeszcze rosnące bezrobocie i recesja (w tym roku około 3 proc).
Wczoraj, kiedy nawet niektórzy partyjni koledzy zarzucali mu odchylenie liberalne, Socrates oświadczył, że "polityki nie zmieni, bo nie ma zwyczaju załamywać się trudnościami".