Gdy w niedzielny wieczór niemieckie telewizje puściły w świat pierwsze wyniki eurowyborów, Frank Walter Steinmeier, szef
MSZ i lokomotywa wyborcza socjaldemokracji, gościł w popularnym talk-show u Anne Will. Z minuty na minutę jego mina rzedła, a widzowie mogli sobie dokładnie obejrzeć, jak charyzmatyczny Steinmeier traci blask w obliczu klęski swojej partii. Choć powtarzał, że jest "kandydatem SPD na kanclerza, który chce zostać kanclerzem", to miało się wrażenie, że niezbyt wierzy w to, co mówi.
Bo też
Niemcy potraktowali SPD niezwykle surowo - w niedzielnych wyborach socjaldemokraci zdobyli zaledwie 20,9 proc. głosów, podczas gdy sondaże przedwyborcze dawały im o dobre 5 proc. więcej. Tak złego wyniku partia nie miała nawet w schyłkowym okresie rządu Gerharda Schrödera, gdy rozczarowanie socjaldemokratami sięgało szczytów. W Berlinie znów padają te pytania, które słychać od kilku lat: czy SPD ma przywódców?
- Panuje u nas pewna bezradność - mówił wczoraj jeden z przywódców SPD i minister finansów Peer Steinbrück.
Gazety piszą, że SPD jest na kacu. Kac jest mocny, bo wyborcy okazali się niewrażliwi na propagandę socjaldemokratów. Steinmeier odkąd Niemcy ogarnął kryzys, stawał w pierwszym szeregu obrońców niemieckich pracowników. Jeździł m.in. do Bochum bronić tamtejszej fabryki
Opla, był współtwórcą szalenie kosztownych pakietów koniunkturalnych, które miały pobudzić gospodarkę. Zwalczał przy okazji plany chadeków i liberałów, którzy przebąkiwali o możliwości obniżenia podatków, szczególnie dla najlepiej zarabiających. SPD straszyła na plakatach wyborczych, że głosy na chadeków i liberałów to wsparcie dla rekinów finansjery - głównych sprawców światowego kryzysu.
Jednak to chadecja kanclerz Angeli Merkel, której SPD wielokrotnie zarzucała słabość, miękkość i niezdecydowanie w walce z kryzysem, dostała 38,1 proc. głosów. To wprawdzie o prawie 7 proc. mniej głosów niż w eurowyborach pięć lat temu, ale w obliczu klęski SPD chadecja może czuć się triumfatorem. Tym bardziej że od dna odbiła się bawarska CSU w Bawarii i odzyskała w landzie prawie 50-proc. poparcie. Okazało się, że w dobie kryzysu Niemcy ufają lubianej pani kanclerz, a nie tradycyjnym obrońcom robotników. - SPD przestała być partią ludową - obwieścił chadecki premier Kraju Saary Peter Müller.
Nie najgorzej, choć poniżej oczekiwań, wypadli też liberałowie z FDP - zdobyli 11 proc. głosów.
Dla chadeków i liberałów te wyniki to wiatr w żagle przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu. Jeśli utrzymają to poparcie, na co się zanosi, to czasy wielkiej koalicji CDU/CSU i SPD odejdą do przeszłości, a chadecja będzie rządzić z FDP. Wtedy po 11 latach rządzenia SPD czeka przejście do opozycji.
Dlatego do Willy-Brandt-Haus - berlińskiej centrali partii - zjechali najważniejsi politycy SPD, żeby radzić o wyjściu z impasu. Jest jasne, że SPD płaci haracz za ostre, ale niezbędne reformy, na które odważył się pięć lat temu Gerhard Schröder. Wówczas cięcia socjalne uratowały
budżet i zahamowały lawinowy wzrost bezrobocia, ale do SPD przyległa łatka partii niewrażliwej na los obywateli. Następcy Schrödera nie potrafili sobie z nią poradzić, tym bardziej, że na tle byłego kanclerza wypadali blado. - Mamy dobry program, ale nie potrafimy uskrzydlać nim ludzi - mówi "Süddeutsche Zeitung" Renate Schmidt, dawna przywódczyni SPD w Bawarii.
Czy SPD do września się odbije? Wątpliwe, ale są wieści dające SPD cień nadziei. Pierwsza to nadzwyczaj dobre wyniki Zielonych - tradycyjnych sojuszników SPD - partia zebrała prawie 12 proc. i stała się trzecią siłą w kraju. Słabo (7 proc.) wypadł główny wróg ideologiczny SPD, czyli postkomunistyczna Lewica, która odbierała socjaldemokracji lewicowy elektorat.
Druga to frekwencja. W wyborach do Bundestagu pójdzie prawie dwa razy więcej wyborców niż na eurowybory (w 2005 r. do urn poszło 77 proc. uprawnionych, a i tak była to rekordowo niska frekwencja). Wówczas poparcie dla SPD na pewno wzrośnie. Jest jeszcze szansa, że CDU, tak jak przed czterema laty, w krótkim czasie roztrwoni kredyt zaufania wyborców.