Niedzielne głosowanie było ostatnim sprawdzianem przed wyborami do Izby Gmin, które muszą odbyć się do połowy 2010 roku. Proeuropejska Partia Pracy jest w rozsypce, premier Brown zmaga się z buntem w partii, a eksperci są zgodni, że tylko cud może uratować laburzystów przed porażką.
Zdobywając 27,7 proc. głosów, czyli 25 mandatów, torysi stają się największym brytyjskim ugrupowaniem w Parlamencie Europejskim. Zrywając z chadekami i zakładając nową frakcję z polskim
PiS i czeskim ODS, chcą pokazać, że po 12 latach przerwy mocno wracają na europejską scenę ze swym antyfederalistycznym programem.
I może się zdarzyć, że za rok przyszły konserwatywny premier David Cameron, parafrazując Żelazną Damę, która mówiła: "Oddajcie mi moje pieniądze", zażąda w Brukseli: "Oddajcie mi moją władzę". Zresztą już to zapowiedział w wywiadzie dla BBC tydzień temu: - Jeśli będziemy mieli konserwatywny rząd, to usiądziemy do negocjacji na temat obszarów władzy, które powinny powrócić z Brukseli do Zjednoczonego Królestwa - stwierdził.
W 1984 r. premier Thatcher zażądała od pozostałych szefów państw Wspólnoty, by jej kraj otrzymał specjalny rabat, czyli zwrot części pieniędzy wpłacanych na składkę do budżetu Unii. Trudna sytuacja polityczna ówczesnej
EWG i stanowczość Thatcher sprawiły, że Wspólnota się ugięła.
Przez ostatnie lata torysi nie mogli niczego wyrywać Unii, bo od 1997 r. są w opozycji. Tymczasem za rządów Tony'ego Blaira laburzyści romansowali z Unią, tworząc z Francuzami podwaliny wspólnej polityki obronnej UE. Blair wciągał Brytanię do serca UE, obiecywał nawet referendum w sprawie przyjęcia euro i zgodził się na traktat z Lizbony. Gordon Brown nie ma już do Unii takiego serca, ale nie zmienił zasadniczo kursu poprzednika.
Jeśli konserwatyści wrócą do władzy, to pierwszym celem ataku stanie się traktat lizboński, który pogłębia integrację Unii. Cameron obiecał, że postara się, by Brytyjczycy mogli się wypowiedzieć w sprawie traktatu w referendum.
Czyli zapewne go odrzucić - z niedawnego sondażu ośrodka YouGov wynika, że odsetek wyspiarzy uważających, że członkostwo w UE jest dobre dla ich kraju, spadł w ciągu ćwierćwiecza z 45 do 31 proc. A liczba osób chcących, aby
Wielka Brytania wyszła z Unii, zwiększyła się w tym czasie z 12 proc. do 21 proc.
Ale Partia Pracy zakończyła proces ratyfikacji i przepchnęła traktat przez Izbę Gmin. Cameron ma niewiele czasu, by próbować odwrócić ten proces - jesienią w sprawie traktatu mają ponownie zagłosować Irlandczycy i jeśli tym razem powiedzą "tak", to proces ratyfikacji zostanie zamknięty. Wtedy Cameronowi trudno będzie żądać jego renegocjacji.
Żeby próbować obalić traktat, musiałby przejąć władzę do końca 2008 r. A Brown odmawia rozpisania przedterminowych wyborów i zrobi wszystko, by dotrwać do połowy 2010 roku, czyli ostatecznego terminu wyborów.
- Atak na ratyfikowany przez wszystkich traktat byłby samobójstwem - uważa znany brytyjski pisarz i komentator lewicowego "Observera" Will Hutton. Dwa tygodnie temu napisał on komentarz pod tytułem "Europa mogłaby być lepszym miejscem bez gardzącej nią i zobojętniałej Wielkiej Brytanii". Postawił w nim tezę, że domaganie się renegocjacji traktatu zapędzi Camerona do rozpisania referendum w sprawie wyjścia Londynu z Unii.
Taką samą diagnozę stawia też szef najbardziej proeuropejskiej partii na Wyspach Liberalnych Demokratów Nick Clegg. Niedawno w rozmowie z "Gazetą" stwierdził, że mówiąc o referendum w sprawie traktatu, Cameron mydli ludziom oczy, gdyż konsekwencją odrzucenia Lizbony musiałoby być wyjście z UE.
A Cameron tego nie chce. Chce tylko przyhamować integrację Unii. Ale aby odnieść przytłaczające zwycięstwo wyborcze, musi udawać eurosceptycznego twardziela. Na plecach czuje oddech UKIP, czyli Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (druga w wyborach europejskich z 13 mandatami) i nacjonalistycznej Brytyjskiej Partii Narodowej (dwa mandaty) żądających opuszczenia UE.
"Dobry wynik UKIP to dodatkowa presja na Camerona, by utrzymał eurosceptyczny kurs" - pisze w "Financial Times" Jean Eaglesham. I dodaje, że w ten sposób lider torysów chce zapobiec odejściu swego elektoratu do ugrupowań skrajnych.