Jeszcze miesiąc przed wyborami Ganley zapowiadał, że wyśle do Strasburga 100 eurodeputowanych. Okazało się, że wyśle jednego, i nie będzie to on sam - Irlandczyk bowiem przegrał wybory w swoim okręgu w północno-zachodniej części Zielonej Wyspy.
To spektakularna katastrofa, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę rozmach, z jakim Ganley zorganizował kampanię w Europie. Wystawił ponad 500 kandydatów, prowadził profesjonalną kampanię wyborczą w internecie, zorganizował wiele zauważanych w Europie wydarzeń i chełpił się, że strona Libertas.eu jest najczęściej odwiedzaną witryną partii politycznej na świecie.
Według dziennika "Irish Times" Ganley wydał na kampanię 30 mln euro. - To być może największe zmarnowane pieniądze w historii polityki - mówi Hugo Brady, irlandzki analityk londyńskiego Centre for European Reform.
Sam Ganley w swoim okręgu zajął czwarte miejsce, podczas gdy do PE wchodziło pierwszych trzech. Zdobył ok. 70 tys. głosów, czyli o 10 tys. mniej, niż potrzebował. Milioner zażądał ponownego przeliczenia głosów, bo jeden z jego ludzi widział podobno, jak całą skrzynkę jego głosów przypisano innemu kandydatowi. Po ponownym przeliczeniu głosów okazało się, że Ganley dostał ich o ok. 3 tys. mniej. Wtedy ogłosił, że rezygnuje z polityki.
Jedynym w Unii posłem, który zdobył mandat pod szyldem Libertasu, będzie Francuz Philippe de Villiers, przewodniczący nacjonalistycznego Ruchu dla Francji (MPF). To jednak zapewne nie zasługa Libertasu - de Villiers i MPF już wcześniej zasiadali w PE. Tym razem osiągnęli wynik gorszy niż poprzednio.
Nie udało się m.in. na Łotwie, gdzie kandydatem Libertasu był były premier Guntars Krasts, ani w Hiszpanii, gdzie kandydował niewidomy adwokat i magnat medialny Miguel Duran.
Porażka jest tym większa, że Ganley nie został pokonany przez zwolenników traktatu lizbońskiego, lecz raczej przez jego przeciwników z różnych partii eurosceptycznych.
A te w wielu krajach mają bardzo dobre wyniki. Np. brytyjska UK Indepedence Party zdobyła 16,5 proc. głosów, a jej jeszcze bardziej nacjonalistyczna siostra British National Party - 6 proc. Ganley nie porozumiał się jednak z żadną z nich i Libertas startował sam. I w rankingu najpopularniejszych partii Europy zajął dopiero 15. miejsce za ugrupowaniami zupełnie nieznanymi. To, że Libertas nie wkupił się w miejscową eurosceptyczną scenę polityczną, kosztowało go porażkę także w Holandii, Danii i kilku innych krajach. - Filozofia Ganleya, który mówił, że choć sprzeciwia się traktatowi lizbońskiemu, to jednak jest proeuropejski, okazała się zbyt złożona dla wyborców - uważa Hugo Brady. - Ci, którzy chcieli zaprotestować przeciw Unii, głosowali na tradycyjne partie eurosceptyczne.
Przed wyborami Ganley zapowiadał, że jeśli je przegra, to nie rezygnuje z przewodzenia kampanii przed kolejnym referendum nad traktatem lizbońskim w Irlandii. Wczoraj to potwierdził. Zabiegający o przyjęcie Lizbony rząd irlandzki powinien się cieszyć. Tym bardziej że ekipa premiera Briana Cowena boleśnie przegrała te wybory i nie będzie jej łatwo utrzymać się u władzy oraz przekonywać obywateli do czegokolwiek.
Źródło: Gazeta Wyborcza