Ale gdy wolność przyszła, wróciło narzekactwo - "znowu w życiu nam nie wyszło". Wróciliśmy do smętnych pieśni i dukanych życzeń. Zamiast się cieszyć, narzekamy. Nawet kolędy mamy smutne.
A tu nagle wyszło! Rzucony przez nas 18 maja pomysł toastu za wolność wywołał wręcz entuzjazm. Poza ponad 500 toastami "zarejestrowanymi" na Wyborcza.pl było tysiące spontanicznych, sąsiedzkich, rodzinnych. Ludzie wyszli na ulice.
Widzieliśmy starsze panie, które umówiły się w knajpce na szampana i wspominki, jak to za komuny było. I nastolatki, które rodzicom kupiły flaszkę i biało-czerwone kwiatki (nie mając skojarzeń, wybrały goździki). I wspólnotę mieszkaniową, która postawiła stolik na podwórku, a na nim gar z ponczem i zwoływała się głośnym "Toast! Toast!".
Skoro tak się udało, to może nam to wejdzie w krew? I wznosić będziemy toast za wolność każdego 4 czerwca?
Może z czasem osłabną stare nawyki? Skarżyło się wielu ludzi: tak się zebraliśmy i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Pomimo instrukcji nawet "Sto lat" nie zaśpiewali.
Ale były też miejsca, gdzie wznoszono seriami okrzyki. Gdzie gruchnęły śpiewy. Gdzie były mowy jedna po drugiej. I gdzie ktoś wymieniał kolejne lata: 1945, 1946..., a reszta buczała, gwizdała, a gdy doszedł do 1981, 1982, krzyczano "Wrona skona", a na 1989 - burza braw i odpalono petardę. To się nazywa lekcja historii.
Czy potrzeba do tego państwowego święta? A może lepiej, by zostało społeczne, prywatne, nieoficjalne? Zwłaszcza że w dzień wolny, kto żyw wyrywa z miasta. Zamiast toastycznego chaosu groziłaby nam wojskowa parada po pustych ulicach.
Najdrożsi Toastowicze. Dziękujemy wam z całego serca! I proponujemy: wypijmy znowu za rok. I za rok. I za rok.
Aż się nauczymy weselić!
Źródło: Gazeta Wyborcza