Obserwuję sprawy polsko-ukraińskie od lat. Od pewnego czasu nie mogę powstrzymać się od refleksji, że po okresie gwałtownego zbliżenia, zrozumienia, otwarcia na siebie pod najróżniejszymi względami - od polityki, przez historię, po kontakty międzyludzkie i gospodarcze - następuje czas stagnacji, zamrożenia, zamknięcia, zwątpienia, że polsko-ukraińska współpraca ma sens i może przynieść wymierne korzyści. To zniechęcenie dotyczy głównie polskich elit i mediów. Czasem nazywa się je "zmęczeniem Ukrainą". Oto garść przykładów.
PO nie czuje Wschodu Politycznie Polska i Ukraina nadal zapewniają się nawzajem o partnerstwie strategicznym i wyśmienitych stosunkach. Coraz częściej są to jednak rytualne zaklęcia pozbawione treści. Z pewnością jest temu winien trwający od kilku lat kryzys polityczny nad Dnieprem, na który od końca zeszłego roku nałożył się poważny kryzys gospodarczy. Efekt jest taki, że główni ukraińscy politycy nie mają głowy do stosunków z Polską, bo są zajęci ważniejszymi sprawami. A polska elita nie wie, jak traktować Ukrainę przeżywającą kłopoty. Zachować życzliwą cierpliwość, machnąć na nią ręką, czy też całkowicie się odwrócić.
Nad Wisłą panuje przekonanie - pod wieloma względami uzasadnione - że Ukraina nie wykorzystała szansy po pomarańczowej rewolucji. Dziwią nas kolejne kryzysy, kłótnie, coraz bardziej niezrozumiałe oskarżenia pomiędzy głównymi politykami nad Dnieprem. Nie potrafimy zrozumieć, dlaczego Kijów na własne życzenie przerwał tak bardzo zaawansowane starania o wejście do NATO, a na skutek kryzysu politycznego oddalił w nieznane perspektywę instytucjonalnego zbliżenia z UE. Dziwi nas to, bo po pomarańczowej rewolucji wszystkie cele wydawały się realne i w zasięgu ręki. A dziś są coraz bardziej mgliste. W dodatku znów słychać głosy, że Ukraina nie wie, czego chce, a jej prozachodni wybór sprzed pięciu lat był efemerydą, która wkrótce ulegnie korekcie, i Kijów ponownie skręci na wschód, gdzie najwyraźniej jest jego miejsce.
Wśród polskich polityków słychać także rozgoryczenie, że ukraiński światek polityczny przyzwyczaił się do bezwarunkowego poparcia Warszawy i traktuje je jako oczywistość, o którą nie warto zabiegać, dbać ani jej odwzajemniać. Dziwią też ostatnie posunięcia premier Julii Tymoszenko, która wyraźnie swoją kampanię przed styczniowymi wyborami prezydenckimi próbuje budować, opierając się na Rosji. Kijów pod naciskiem Moskwy wycofuje się - przynajmniej na poziomie słów i gestów - z umowy o połączeniu jej infrastruktury gazowej z infrastrukturą UE. Tymoszenko odwołuje wizyty w Warszawie i innych krajach europejskich. Tradycyjnie otwarty na kontakty z Polską prezydent Wiktor Juszczenko jest coraz mniej popularny nad Dnieprem, a jego decyzje są coraz częściej sabotowane. Trudno się więc dziwić, że poza symbolicznymi gestami z częstych spotkań Juszczenki z prezydentem RP niewiele wynika. W dodatku przyjaźń między Juszczenką a Lechem Kaczyńskim niezbyt jest w smak rządowi Donalda Tuska, więc polsko-ukraińskie spotkania na najwyższym szczeblu nie przynoszą konkretów. Oczywiście z braku alternatywy to one budują jeszcze jako tako poprawną atmosferę między naszymi krajami.
Wśród części polityków - zwłaszcza PO i
PSL - słychać, że skoro z Ukrainą nic nie wychodzi, to może lepiej bardziej otworzyć się na Rosję. A Moskwa - inaczej niż kilka lat temu - jest do tego gotowa, czyniąc pewne, na razie bardzo ostrożne, gesty wobec Polski. Pytanie tylko, czy naprawdę chce poprawić swoje relacje z Polską, czy chodzi głównie o to, by na bezpieczną odległość odciągnąć nas od Ukrainy.
Spór o Euro Na marazm polityczny nakłada się egoistyczny spór o to, w ilu polskich miastach odbędą się mecze Euro 2012. Coraz więcej głosów podpowiada, że jeśli Ukrainie nie uda się zdążyć na czas z przygotowaniami, to chętnie zorganizujemy za nią całe mistrzostwa lub przynajmniej większą ich część. Ta nielojalność jest fatalnie odbierana nad Dnieprem, przede wszystkim wśród ukraińskich elit. W dodatku nie wiadomo, czy apetyty, by mecze odbyły się w jak największej liczbie miast, mają przede wszystkim ich samorządy - to przynajmniej jest wytłumaczalne - czy też PZPN, Ministerstwo Sportu lub spółka PL2012 organizująca polską część mistrzostw. Każda z tych instytucji ma na swym koncie niezbyt fortunne wypowiedzi w tej sprawie, każda puszcza jakieś dziwne przecieki, mruga do dziennikarzy, że "jeśli nie Ukraina, to my".
Warto w tym miejscu przypomnieć jeszcze raz, że gdyby nie Ukraina - jej pomysł i jej lobbing - to moglibyśmy pomarzyć o jakimkolwiek meczu Euro 2012. Nielojalność wobec partnera, prawie otwarte życzenie mu porażki w czasie przygotowań to ostatnia rzecz, na którą powinniśmy sobie pozwalać.
Zdrowa rywalizacja nie jest jeszcze zła. Być może pod wpływem presji i groźby, że Ukraina straci część mistrzostw, przygotowania nad Dnieprem mimo kryzysu ruszą pełną parą. Boli jednak, że przy tej okazji w części polskich tytułów odżywają uprzedzenia i resentymenty w stylu "Ukraina jest nic niewarta", "Ukraina nic nie potrafi zrobić", "Nie warto stawiać na Ukrainę", "Nie warto się z nią wiązać nie tylko w sporcie, ale w ogóle". Najdalej posunął się pod tym względem Paweł Zarzeczny z dziennika "Polska", który w komentarzu sprzed kilku tygodni zapewnił, że "idzie o zakład, iż wszystkie mecze Euro 2012 odbędą się w Polsce", co ozdobił nawet cytatem z piosenki: "Żal, żal Ukrainy...". Podobną - nieco tylko łagodniejszą tonację - słychać było w innych mediach. To o tyle ciekawe, że nieustannie domagamy się empatii od Niemców - także od tamtejszej prasy, ale przede wszystkim od niemieckich polityków - a nie potrafimy zdobyć się na powściągliwość i wyczucie wobec Ukrainy i Ukraińców.
Spór o historię To samo dotyczy przeszłości. Prysnął gdzieś czar euforii po otwarciu Cmentarza Orląt we Lwowie wiosną 2005 r. Prysło złudzenie, że po pomarańczowej rewolucji nie będzie już historycznych sporów między Polską a Ukrainą.
Wina rozkłada się tu na obie strony. Rok po otwarciu Cmentarza Orląt w podrzeszowskiej Pawłokomie odbyły się uroczystości ku czci ukraińskich mieszkańców wsi zamordowanych na początku 1945 r. przez polską partyzantkę poakowską. W 2007 r., nie bez zgrzytów, ale jednak odbyły się obchody 60-lecia antyukraińskiej akcji "Wisła". Można było oczekiwać, że rok temu, w 65. rocznicę mordów na Wołyniu, dojdzie do kolejnego gestu pojednania zorganizowanego tym razem przez stronę ukraińską.
Okazję zmarnowano, co tylko zwiększyło napięcie i ośmieliło środowiska kresowe do jeszcze silniejszego upominania się, że ich ból jest pomijany i lekceważony przez polityków w imię dobrych stosunków Polski z Ukrainą. Rok temu sam wzywałem prezydenta RP, by nie brał udziału w najbardziej kontrowersyjnych częściach obchodów ani nie udzielał im patronatu, gdy Kresowiacy domagali się, żeby czystki etniczne na Wołyniu koniecznie uznać za ludobójstwo. Ale zarazem nie organizując uroczystości z udziałem obu prezydentów, zmarnowano okazję, by wykonać kolejny gest pojednania. Uroczystości w Hucie Pieniackiej kilka miesięcy temu nie spełniły tej roli, bo ta masakra, dokonana przez złożone głównie z Ukraińców formacje policji niemieckiej, wpisuje się w nieco w inny proces. Doszło do niej w Galicji, a nie na Wołyniu, główną odpowiedzialność za nią ponoszą hitlerowcy, a nie ukraiński ruch oporu. W związku z tym w środowiskach prawicowych, ale także PSL, i betonie
SLD skupionym wokół tygodnika "Przegląd" narasta głos "o niezagojonej ranie Wołynia" i braku woli kontynuowania przez Ukrainę pojednania z Polską.
Na to z kolei nakłada się narastający zwłaszcza w Galicji kult ukraińskiego nacjonalizmu sprzed i z czasów II wojny światowej. Brak tu refleksji, że nacjonaliści, oprócz tego, że walczyli o niepodległość Ukrainy, bronili tych ziem przed sowietyzacją, a często stawiali opór NKWD, dopuścili się także czystki etnicznej wobec Polaków na Wołyniu. I tak wkoło Macieju. "Nasz Dziennik" emocjonuje się każdym kolejnym pomnikiem na Ukrainie ku czci Stepana Bandery i wystawą upamiętniającą UPA. Wzywa, by nie przyznawać doktoratu honoris causa KUL prezydentowi Juszczence, bo popiera on rehabilitację UPA uznawanej w czasach komunistycznych za kolaborantów Hitlera. A ukraińscy patrioci w odpowiedzi na to oskarżają Polskę, że w naszym kraju narastają nastroje rewizjonistyczne i antyukraińskie. I tak jeden radykalizm napędza drugi, głos środowisk umiarkowanych zaś, paradoksalnie najliczniejszych po obu stronach granicy, jest zupełnie niesłyszalny.
Czy jest naprawdę tak źle? Być może narzekam, być może wyolbrzymiam, ale robię to, by pokazać, że stosunki polsko-ukraińskie znalazły się na ostrym zakręcie. Tymczasem przez ostatnie 20 lat udało nam się niezwykle dużo w każdej dziedzinie. Szkoda byłoby to stracić.
Trudno to zaakceptować polskiej wrażliwości, ale w ukraińskiej świadomości - zwłaszcza na Ukrainie zachodniej - Polska odgrywa trochę taką rolę, jak w polskiej świadomości odgrywają Niemcy. Silniejszego sąsiada, bardziej europejskiego, bogatszego, lepiej zorganizowanego, podziwianego, ale zarazem wzbudzającego nieufność, zazdrość, kompleksy i złość, że przez wieki to Polska parła na wschód, promując swoją kulturę, język, religię, a Ukraina nawet nie miała swojego państwa. O ile dla Polski utrapieniem byli dwaj najwięksi sąsiedzi - Niemcy i Rosja, o tyle dla Ukrainy rolę takich dominujących sąsiadów pełnią Rosja i Polska. Warto sobie to uświadomić, zanim się coś powie w sprawach ukraińskich. Nieostrożnymi wypowiedziami, paternalistycznym tonem, niekontrolowanym poczuciem wyższości bardzo łatwo obudzić najbardziej bolesne rejestry ukraińskiej podświadomości. I często tak się dzieje. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo Polakom, mimo trudności, dość dobrze udaje się leczyć z własnych kompleksów przez ostatnie 20 lat. Nie jesteśmy tak bogaci i nie mamy tak sprawnego państwa jak Niemcy, ale jesteśmy wraz z nimi w NATO i UE. Potrafiliśmy także zmierzyć się z własną przeszłością, o czym świadczy dyskusja o Jedwabnem. Ukraina jest dopiero w trakcie takich procesów, raczej zaledwie je zaczyna.
Przez 18 lat niepodległości nie uporała się jeszcze ze stworzeniem jednej wspólnej tożsamości historycznej. Jest wciąż rozdarta między zsowietyzowanym wschodem i nacjonalistycznym zachodem kraju. Czeka na stworzenie ich syntezy albo ostateczne zwycięstwo jednej z tych tradycji. W dodatku wielu ludziom z Galicji wydaje się, że jeśli pewnych rzeczy nie dokonają w tym roku - do końca kadencji prezydenta Juszczenki - to ponowna szansa na rehabilitację UPA, wpisanie jej żołnierzy do panteonu bohaterów lub uznanie Stepana Bandery za bohatera ogólnonarodowego już się nie powtórzy, bo żaden następny prezydent nie będzie tak wyczulony na kwestie historyczne i narodowe jak Juszczenko.
Uniknąć pogłębienia kryzysu Na domiar złego na kryzys polityczny, spory o Euro 2012 i historię nakładają się jeszcze problemy gospodarcze. Wielu polskich biznesmenów zainwestowało nad Dnieprem po pomarańczowej rewolucji. Nie były to może wielkie sumy, ale liczyli na sukces, a przede wszystkim na przychylność państwa ukraińskiego wobec polskich inwestycji. Wiele projektów nie przyniosło spodziewanych zysków z powodu kryzysu. Wiele nie wypaliło, bo miotane kryzysem państwo ukraińskie nie było w stanie zapewnić stabilnych i przychylnych inwestorom warunków. Słyszałem ostatnio mnóstwo opowieści, jak to ukraińscy celnicy, służba podatkowa oraz inne organy gnębią polski biznes nad Dnieprem. Najczęściej po to, by wyłudzić łapówkę. Rzadziej, by dostarczyć więcej wpływów do budżetu przeżywającego kryzys. To też jeden z objawów politycznej wojny na górze. Bo gdy politycy w Kijowie nieustannie biorą się za łby, to na szczeblu lokalnym otwiera się gigantyczne pole do kombinacji, nad którymi nikt nie panuje.
Efekt jest taki, że wielu polskich przedsiębiorców zraziło się do interesów na Ukrainie i chce teraz spróbować w Rosji. - W Rosji też jest korupcja - mówi polski przedsiębiorca. - Ale jak już się dogadasz z lokalnymi władzami, milicją, to dotrzymują słowa. Na Ukrainie jest taki chaos, że gdy prowadziłem tam biznes, ciągle pojawiali się nowi klienci po haracz. Nikt nad tym nie panował. W takich warunkach nie opłaci się żaden biznes.
W ostatnich latach nie udało się zamknąć ani jednego ze sztandarowych projektów polsko-ukraińskich. Od słuchania o rurociągu Odessa - Brody - Gdańsk bolą uszy, a jak go nie było, tak nie ma, i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie. Uniwersytet Polsko-Ukraiński w Lublinie jest wciąż raczej bytem wirtualnym i pomnikiem niemocy niż współpracy obu państw.
Główny grzech Ukrainy to kryzys polityczny i gospodarczy, niemoc przekształcenia słów w czyn, słabość państwa, często zaściankowość i prowincjonalizm wobec zachodniego sąsiada. Można też wymienić kilka grzechów po stronie Polski. Nie wszystkie są od nas zależne. Grzech główny to Schengen i znacznie trudniejsza od półtora roku procedura ubiegania się o polską wizę dla naszych wschodnich sąsiadów. Kolejki przed konsulatami, niezbyt uprzejme traktowanie, skomplikowana i często upokarzająca procedura - to chyba najbardziej widoczny dowód dla Ukraińców, że Polska od nich się odwraca.
Główny grzech Ukrainy to kryzys polityczny i gospodarczy, niemoc przekształcenia słów w czyn, słabość państwa, często zaściankowość i prowincjonalizm wobec zachodniego sąsiada. Można też wymienić kilka grzechów po stronie Polski. Nie wszystkie są od nas zależne. Grzech główny to Schengen i znacznie trudniejsza od półtora roku procedura ubiegania się o polską wizę dla naszych wschodnich sąsiadów. Kolejki przed konsulatami, niezbyt uprzejme traktowanie, skomplikowana i często upokarzająca procedura - to chyba najbardziej widoczny dowód dla Ukraińców, że Polska się od nich odwraca.
Nie wiem, czy między Polską a Ukrainą zaczął się już kryzys, czy to dopiero zastój. Kilka lat temu wydawało się, że nic nas nie jest w stanie podzielić ani oddalić. Dziś okazuje się, że wystarczy parę iskier, brak pomysłów, chwila nieuwagi, zajęcie się ważniejszymi sprawami, trochę cynicznego nacjonalizmu, brak wyczucia wrażliwości drugiej strony, akcent położony wyłącznie na własne krzywdy i interesy. Pewnie jeszcze nie jest za późno, ale by leczyć chorobę, należy ją najpierw zauważyć. Więc otwórzmy oczy.