Rzadko kiedy jeden artykuł dotyczący wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, nawet opublikowany w tak opiniotwórczym tygodniku jak "Spiegel", jest w stanie wywołać wielką publiczną burzę w sąsiednim kraju. I to w dodatku gdy zaledwie kilkanaście zdań tego bardzo obszernego tekstu poświęcone zostało Polakom i ich postawom wobec Holocaustu. W ciągu kilku dni spór o interpretację artykułu przesłoniła polityczna wrzawa, w której mówi się o zagrożeniu granic, a obecne stosunki polsko-niemieckie porównuje z rokiem 1939.
Są liczne powody, dla których artykuł w hamburskim tygodniku powinien spotkać się z krytyczną reakcją historyków, i to nie tylko polskich. Zasadnicze wątpliwości budzi sama jego optyka, koncentrująca się niemal wyłącznie na nieniemieckich pomocnikach III Rzeszy w zbrodni Holocaustu. W jakiejś mierze jest ona częścią trendów w światowej historiografii, która w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat podjęła pomijane wcześniej wątki udziału w Zagładzie lokalnych władz i społeczeństw w krajach okupowanych przez III Rzeszę bądź z nią sprzymierzonych.
Przyniosły one wiele nowych ustaleń na temat współpracy z Niemcami francuskiej administracji Vichy, straszliwych zbrodni popełnionych przez władze Rumunii czy fali pogromów w Europie Wschodniej, na terenach do 1941 r. okupowanych przez Związek Radziecki. Artykuł w "Spieglu" doprowadza jednak to spojrzenie do skrajności. Prawie nieobecni są w nim niemieccy sprawcy.
Stwierdzenie historyka Dietera Pohla - cytowanego przez hamburski tygodnik - że zagranicznych pomocników było ponad 200 tys., a więc "mniej więcej tyle samo co Niemców i Austriaków", nawet jeżeli byłoby prawdziwe na poziomie faktów (mam poważne wątpliwości co do możliwości tak precyzyjnych szacunków), całkowicie wypacza sens Holocaustu i niemieckiej zań odpowiedzialności. Podobnie jak ocena innego badacza Götza Aly nazywającego Zagładę projektem europejskim, który nie mógłby się urzeczywistnić bez udziału wielu narodów.
Radykalna różnica między antysemityzmem nazistowskim a tym istniejącym w wielu innych krajach jest taka, że ten pierwszy miał eliminacyjny charakter, nie ograniczał się do haseł izolowania, dyskryminowania czy usuwania Żydów z ich miejsc zamieszkania. Bez niemieckiej inspiracji, kierowniczego sprawstwa czy choćby przykładu w żadnym innym kraju antysemici nie posunęliby się do zorganizowanej, systematycznej eksterminacji swoich żydowskich współobywateli.
Inną cechą Zagłady był jej "nowoczesny" charakter, który zakładał udział nie tylko bezpośrednich morderców, ale także całej machiny państwowej - izolującej Żydów, organizującej ich deportacje, a następnie mordy w skali iście "przemysłowej", a także rabunek i redystrybucję ich mienia. To ostatnie było zresztą jednym ze źródeł dostatku nieżydowskich obywateli III Rzeszy, na co zwracał uwagę w swojej słynnej książce cytowany przez "Spiegla" Götz Aly. W artykule brak jednak przede wszystkim innego, podstawowego i oczywistego wydawałoby się stwierdzenia: odpowiedzialność za Holocaust ponoszą nie tylko bezpośredni sprawcy, ale również ogromna większość Niemców, popierających do końca Hitlera. Radykalny antysemityzm był od początku jednym z najważniejszych elementów jego programu, a los Żydów nie był tajemnicą dla tych mieszkańców III Rzeszy, którzy nie starali się zamykać nań oczu.
Sprzeciw budzi także pomijanie informacji o różnicach między poszczególnymi krajami, których żydowska ludność stała się ofiarami Zagłady. "Spiegel" nie wyjaśnia, że
Rumunia,
Węgry,
Słowacja były niepodległymi (przynajmniej formalnie) państwami sprzymierzonymi z III Rzeszą, a Vichy było legalną formą francuskiej państwowości, kontynuacją III Republiki. W tych krajach z Niemcami współpracowały suwerenne bądź przynajmniej autonomiczne struktury państwowe i policyjne. Wymienianie w tym kontekście, jako kolejnego ogniwa pewnego kontinuum, okupowanej Polski jest wyrazem ignorancji co do wojennych losów naszego kraju. Wzmocnionej dodatkowo mapą Europy, na której występuje Polska w przedwojennych granicach (podczas gdy np. zamiast Czechosłowacji - zgodnie z realną sytuacją - pokazane są Protektorat Czech i Moraw oraz Słowacja).
Podobnym nadużyciem jest umieszczenie zdjęcia polskich policjantów "granatowych" obok fotografii ukazujących pogrom w Kownie, łotewskie oddziały pomocnicze czy deportację Żydów dokonywaną przez rumuńską armię. Udział "granatowych" policjantów sprowadzał się głównie do pilnowania z zewnątrz obszaru gett i nie da się go porównać z akcjami eksterminacyjnymi dokonywanymi na masową skalę przez formacje pomocnicze na Łotwie czy Litwie.
Napisałem o ignorancji, bo sądzę, że o nią tu chodzi, a nie o antypolskie uprzedzenia.
Te nieliczne wzmianki, które bezpośrednio dotyczą Polski, napisane są na ogół z umiarem i w zgodzie z faktami. "Spiegel" przywołuje prof. Feliksa Tycha, który ocenia liczbę Polaków bezinteresownie pomagającym Żydom w czasie wojny na 125 tys. Gdy wspomina się o mordzie w Jedwabnem, liczbę żydowskich ofiar szacuje na 300, a polskich sprawców na 40. Obie te liczby są moim zdaniem minimalne i równie uzasadnione byłoby podawanie dwukrotnie wyższych danych. W tej sprawie odsyłam do dwutomowego wydawnictwa "Wokół Jedwabnego" opublikowanego przez
IPN w 2002.
Wszystkie braki czy błędy artykułu "Spiegla" nie uzasadniają przesadnej, a niekiedy wręcz histerycznej reakcji części polskiej opinii. Z pewnością niesłuszne jest na podstawie jednego artykułu w nawet bardzo opiniotwórczej gazecie formułowanie ocen niemieckiej świadomości historycznej czy polityki historycznej Republiki Federalnej Niemiec. W Polsce mamy skłonność do postrzegania tych sfer w dużej mierze poprzez jątrzące z punktu widzenia naszej wrażliwości historycznej fakty, jak działalność Eriki Steinbach czy polityczne gesty CDU i CSU zabiegających o konserwatywny, "narodowy" elektorat. Przykładem tych ostatnich jest uchwała obu partii domagająca się "międzynarodowego potępienia wypędzeń". Na pewno nie należy tego lekceważyć z punktu widzenia wpływu na klimat publicznej debaty w Niemczech, ale jeszcze poważniejszym błędem byłoby formułowanie na tej podstawie kategorycznych sądów o stosunku naszych sąsiadów do historii II wojny światowej i Polaków.
Znacznie bardziej reprezentatywne dla "polityki pamięci" są dwa muzea otwarte w stolicy Niemiec w ostatnich latach. Ani Niemieckie Muzeum Historyczne, ani ekspozycja mieszcząca się pod pomnikiem Pomordowanych Żydów w pobliżu Bramy Brandenburskiej nie dają żadnych powodów, by doszukiwać się oznak relatywizacji niemieckiej winy. W tym pierwszym dobitnie ukazane są niemieckie zbrodnie i odpowiedzialność za wojnę. Niemal nieobecne są tematy, które z polskiego punktu widzenia mogłyby budzić największe kontrowersje, w tym zwłaszcza przymusowe przesiedlenia Niemców. Wystawa w podziemiach pomnika Pomordowanych Żydów zaczyna się od dwudziestu kilku symbolicznie dobranych fotografii. Jedna z pierwszych pokazuje pomordowanych polskich mieszkańców Częstochowy we wrześniu 1939 r.
Jest wiele przesady w stwierdzeniach o tendencjach do pomniejszania przez Niemców ich win. W głośnym telewizyjnym filmie "Ucieczka" o exodusie ludności Prus Wschodnich w obliczu nadciągających Rosjan pokazane są gwałty czerwonoarmistów, ale także egzekucja dokonana przez esesmanów na cudzoziemskich robotnikach przymusowych i jeńcach. Ten właśnie film może być przykładem drobiazgowej wręcz dbałości o to, by przypominając własne cierpienia, nie przemilczać swoich win. Bohaterka innego słynnego filmu - "Kobieta w Berlinie" - ma świadomość, a wraz nią i widzowie, że los niemieckich kobiet jest konsekwencją i w jakimś sensie karą - jakkolwiek brutalnie by to brzmiało - za niewyobrażalne zbrodnie popełnione wcześniej przez III Rzeszę.
W wielu zresztą przypadkach linie demarkacyjne w historycznych sporach nie układają się według narodowych podziałów. W latach 90. wielki rozgłos w Niemczech zyskała wystawa o zbrodniach Wehrmachtu. Przełamywała mit, że armia wyszła z wojny z czystymi rękami, ale zaczynała się od 1941 r., pomijając wojnę z Polską w 1939 r. W odpowiedzi na to rażące opuszczenie zorganizowałem jako dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN wystawę o zbrodniach Wehrmachtu w kampanii wrześniowej, pokazywaną następnie w wielu niemieckich miastach. Naszym partnerem w przygotowaniu wystawy był Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie. Jeden z jego historyków Jochen Böhler jest autorem naukowej monografii o zbrodniach Wehrmachtu w Polsce i dla ich udokumentowania zrobił więcej niż jakikolwiek polski badacz. Najnowszym przykładem dobrej współpracy niemieckich muzealników i polskich historyków jest otwarta kilka dni temu w Berlinie wystawa Niemieckiego Muzeum Historycznego o historii stosunków obu narodów, której większa część poświęcona jest wojnie. Nie pozostawia żadnych wątpliwości co do niemieckiej odpowiedzialności i popełnionych na Polakach zbrodni.
Oczywiście, nie jest wcale tak dobrze, by mógł dominować optymizm. W Niemczech - poza wąskim kręgiem historyków i publicystów zainteresowanych Polską - przeważa niewiedza zarówno co do naszej historii, jak i obrachunków z nią. Gdy dziennikarze "Spiegla" piszą, że rozrachunek z ciemnymi stronami własnej przeszłości dopiero czeka Polaków, dają wyraz swojej ignorancji co do wielkiej debaty wokół Jedwabnego, która przeorała polską świadomość i była ze względu na swoją otwartość wyjątkowa w skali europejskiej. Zapewne nie wiedzą też nic o pracy, jaką polscy historycy wykonali na rzecz dokumentowania przesiedleń Niemców czy Ukraińców po zakończeniu II wojny światowej, obozów pracy przymusowej, w których zamykano jednych i drugich.
Paradoks polega na tym, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat w Polsce nastąpiło ogromne otwarcie środowisk naukowych, a także opinii publicznej, na najbardziej nawet drażliwe tematy, pokazujące nas samych nie tylko jako ofiary, ale też sprawców cierpień ludzi innych narodowości. Tymczasem w Niemczech od lat ma miejsce inny proces: poświęcania większej uwagi własnym cierpieniom - przymusowo przesiedlanych czy uciekających przed Armią Czerwoną, kobiet gwałconych przez radzieckich żołnierzy, cywilnych ofiar alianckich bombardowań. Nie musi się to wiązać, i najczęściej wcale tak nie jest, ze świadomym relatywizowaniem niemieckiej winy. Na ogół wynika z przekonania, że wiedza o narodowym socjalizmie - zwłaszcza jego zbrodniach wobec Żydów - jest czymś oczywistym i niepodważalnym dla obywateli państwa, którego edukacja historyczna zbudowana jest wokół tych właśnie wątków. Konsekwencją tych rozbieżnych procesów są jednak nieporozumienia i zderzenia dwóch różnych wrażliwości historycznych, bolesne dla strony polskiej, która często zasadnie może sądzić, że jej otwartość w podejmowaniu najbardziej drażliwych spraw nie zostaje doceniona.
Jakie jest wyjście z tego kręgu nieporozumień? Na pewno nie polityczna demagogia, której jesteśmy świadkami w ostatnich dniach, utrudniająca jakikolwiek rozsądny dialog, do absurdu sprowadzająca nawet uzasadnione polskie pretensje. Na dłuższą metę jedynym rozsądnym działaniem jest prezentowanie własnej narracji historycznej, która będzie prostowała fałsze czy wypełniała luki w wiedzy. Skuteczniejsze niż pohukiwanie polityków jest pokazywanie Niemcom wystaw historycznych czy tworzenie instytucji - takich jak Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie bądź powstające dopiero Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku - które będą miały szansę wpłynąć na myślenie sąsiadów.
*Paweł Machcewicz, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej; w latach 2000-05 dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN; redaktor i współautor "Wokół Jedwabnego"