W ciągu 12 lat w rządzie bardzo zasłużyłeś się krajowi, ale teraz lepiej, żebyś odszedł. Moglibyśmy wybrać nowego przywódcę, który poprowadziłby nas do wyborów - e-mail tej treści krążył w środę w nocy po komputerach posłów Partii Pracy.
Tę akcję lewicowy "Guardian" nazwał "hotmailową konspiracją". Zdaniem ekspertów była to próba sił - buntownicy z tylnych ławek Partii Pracy sprawdzali, czy są w stanie zmusić premiera do dymisji i czy znajdzie się ktoś, kto poprowadzi ich do rozprawy z Brownem.
W Partii Pracy, by próbować zmusić przywódcę do odejścia, trzeba zebrać podpisy 71 z 351 posłów laburzystów. E-mail dotarł do 50-80 członków partii, ale nie jest jasne, ilu gotowych jest podpisać apel o ustąpienie Browna. Nie wiadomo na pewno, kto stał za buntem, zdaniem gazet są to zwolennicy b. premiera Tony'ego Blaira.
Przeciwników Browna zachęciły do działania decyzje dwóch pań minister - Jacqui Smith z resortu sprawiedliowści i Hazel Blears. Obie są zamieszane w skandal z refundacją wydatków poselskich i ogłosiły, że odejdą z rządu. Wyprzedziły w ten sposób ruch premiera, który zamierzał je wyrzucić po wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Brown jest obwiniany o dramatyczny spadek popularności laburzystów i spodziewany fatalny wynik Partii Pracy w wyborów europejskich. Ale to nie
kryzys gospodarczy zaszkodził premierowi najbardziej, lecz skandal z nadużywaniem przez posłów parlamentarnego systemu refundacji wydatków, w który zamieszani są nie tylko laburzyści.
Wczoraj rano w odsiecz Brownowi przyszedł minister ds. gospodarki Peter Mandelson. - Brytyjska polityka jest w bardzo złym stanie i dotyczy to wszystkich partii - powiedział Mandelson. - Nie pogarszajcie swymi działaniami sytuacji Partii Pracy.
Nadzieje na szybką dymisję Browna zgasił sekretarz zdrowia Alan Johnson, który uchodzi za jedynego polityka, który mógłby rzucić wyzwanie premierowi i go zastąpić. - Brown wykonuje swoją robotę i nie ma nikogo, kto zrobiłby to lepiej od niego - powiedział Johnson, przecinając spekulację, że stanie na czele puczystów.