Dwadzieścia lat temu, w nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r., czołgi i wozy pancerne wjechały na pekiński Plac Bramy Niebiańskiego Spokoju - Tiananmen, gdzie przez siedem tygodni demonstrowały tysiące chińskich studentów, domagających się demokratyzacji. Ówczesne władze Pekinu przyznały, że zginęło 200 demonstrantów. Jednak niezależne szacunki mówiła o ok. dwóch tysiącach zabitych.
-
Chiny powinny dokonać publicznego rozliczenia w kwestii zabitych, zatrzymanych, zaginionych. To pomogłoby wyciągnąć wnioski z przeszłości i miałoby uzdrawiające działanie - oświadczyła
Hillary Clinton. Jej deklaracja wywołała ogromne niezadowolenie wśród chińskich władz. Chiński
MSZ oskarżył ją o nawiązywania do oszczerczych relacji z wydarzeń na Tiananmen. O rozliczenie się z tragedii apelował też dzisiaj
Dalajlama.
Chińskie władze robią wszystko, aby nie dopuścić do jakichkolwiek form upamiętnia masakry w Pekinie - plac Tiananmen jest otoczony przez policję i służby specjalne. Część chińskich dysydentów twierdzi, że środki prewencyjne podjęto też w Hongkongu, któremu Pekin formalnie gwarantuje pełną swobodę słowa.